Żegnaj, Carrie Bradshaw

Snuję się gdzieś pomiędzy 101 a 104, siąpawica zacina mi prosto w twarz. Zacina niezależnie od kierunku, w którym się udam. Nie wierzyłam kiedy mówili mi, że tu deszcz pada poziomo, a szyku zadaje się w kapoku w modnym kolorze. Nie wierzyłam też w kilka innych rzeczy, ale o tym może kiedy indziej.

Turyści dopiero szykują się do natarcia, więc ulice są jeszcze całkiem znośnie i przejść można jakby spokojniej. Patrzę w stronę oceanu – nic nie widać, patrzę w stronę Esji – nic nie widać. Jakby cała uroda tego miejsca schowała się pod grubą warstwą z chmur i opadów. Wiosna przychodzi tu jednak trochę inaczej niż w Polsce i wszystko jakby wolniej się dzieje, bez nachalności i jak chcesz cokolwiek zauważyć to wysil się bardziej…

Trzymam pod pachą w wodoodpornej teczce plik dokumentów – bank, ambasada, inkubator przedsiębiorczości, niby tyle do załatwienia, a mnie się nie chce, bo i nadziei jakby mniej albo wcale. Działam trochę od niechcenia, trochę, bo muszę, a trochę, bo jednak marzenia o realizacji szalonego miliona w rok jeszcze nie całkiem umarły, a tu przecież mam trochę inne możliwości, może jakby więcej szans. Ale wszystko to jest jakby,  trochę i nie do końca przecież.

Stoję w kolejce do miłej pani w urzędzie skarbowym, przede mną co najmniej kilku rodaków, posługujących się tą jakże zawstydzającą polszczyzną, że wolisz udawać, że jesteś ze Szwecji. Albo z Zanzibaru. I znów czuję się jakby w Polsce, na dodatek tej najbardziej prawdziwej, odzianej w ciuch patriotyczny, stek przekleństw i specyficzną mentalność, której nie spotkasz nigdzie indziej na świecie. Nie czuję się dumna, nie czuję się obywatelką. Apatryda, może już trochę nomada, ale na pewno jeszcze ani tutejsza, ani już stamtąd. Ojczyzna dała mi popalić do żywego, topiąc wszystkie moje marzenia zanim jeszcze te zdążyły otworzyć oczy.

Oduczam się strachu, przyuczam do spokoju i do spoglądania w lustro bez obrzydzenia, bez ciągłych wyrzutów, że tyle mogłam zmienić, spiąć się w sobie, zebrać do kupy, walczyć… Chciałam przecież. Wciąż pamiętam te wszystkie rozmowy w bankach, z wierzycielami, kiedy z przetrąconym finansowym kręgosłupem błagałam o litość i ugodę, kiedy miotałam się pomiędzy prawnikami, wierzycielami, wzorami pism. Kiedy chciałam oddać wszystko, byle tylko zapewnić sobie tak upragniony spokój i wrócić do normalności.

Do normalności czyli dokąd, do czego? Nie wiem.

To wszystko nadal we mnie odżywa, wywołuje poczucie winy i ogólnego skrzywdzenia, jakiejś szeroko pojętej życiowej niesprawiedliwości, bo przecież mogłam te problemy rozwiązać bardzo szybko – przy odrobinie dobrej woli ze strony wszystkich. Tej woli zabrakło, a ja w końcu stanęłam przed wyborem: albo gdzie indziej, albo wcale. Czy zachowałam się podle, wyjeżdżając? Zostawiając swoje zwierzęta, ogród i rodzinę? Czy zwyczajnie uciekłam od problemów, licząc na to, że tu będzie inaczej, lepiej, albo chociaż trochę lżej? Nie potrzebuję widocznych stygmatów, by pamiętać o tym, co się wydarzyło i bezustannie szukać sposobu na odwrócenie losu, bo z tym, że przeszłości nie zmienię chyba zdążyłam się już pogodzić.

Trzymam tę cholerną różową teczkę z suwakiem, widzę swoje odbicie w szybie, patrzę na ludzi przede mną, przewijam jeszcze raz te obrazy i rozmowy, liczę swoje zobowiązania, kiedy telefon wibruje i oznajmia, że oto jakiś rozgoryczony czytelnik przysłał mi wiadomość…

Nie obraź się, ale miałaś pisać, miałaś opowiadać i gdzie to wszystko jest? Następnym razem nie odzywaj się wcale… Masz rację drogi fanie, który właśnie odlajkowałeś mój profil i poczułeś nieodpartą potrzebę, by mi o tym powiedzieć. Dziękuję za Twój czas i uwagę, które zechciałeś mi poświęcić, ale ja wiem co i komu obiecałam, zdaję sobie sprawę z tego, co i komu jestem dłużna. To wcale nie tak, że teraz to już będę produkować interesujące treści, content creation jak się patrzy, podziwia i zazdrości, bo nie.

Owszem, wyobrażałam sobie kiedyś, może kilka, może już kilkanaście lat temu (nie wiem), że będę niczym Carrie Bradshaw. Będę pisać sobie felieton od czasu do czasu, mieszkać w lofcie na Zabłociu, zakładać na siebie tylko high fashion i wikłać w nieodopowiednie związki z jeszcze bardziej nieodpowiednimi mężczyznami. Z tego wszystkiego udało mi się tylko to ostatnie, bo przychodziło mi najłatwiej, naturalnie niemal.

Nie wiem kiedy obejrzałam Sex and the city po raz pierwszy, czy byłam jeszcze w liceum, czy może na początku studiów, ale Carrie wkradła się w  moją głowę jak wirus, wpychając mnie w przeświadczenie, że życie można spędzać w luksusowych butikach, na lunchach z przyjaciółkami, na wyborach pomiędzy najnowszą kolekcją, a tą już trochę vintage. Wydawało mi się, że wiele lat zmarnowanych na nieodpowiedniego faceta to przecież nic takiego, ot, życie, wszyscy tak robią. Pokochałam tę niezależność bez konieczności kontaktu z rzeczywistością, nie zauważając przy tym, że Carrie jednak przehulała tysiące dolarów na garderobę, że uzależniła się od woli i emocji niedostępnego mężczyzny na długie lata, że w zasadzie nie miała żadnej kariery, a kiedy przyszło co do czego, to i tak została sama przed ołtarzem… I nie, nieważne, że on i tak do niej wrócił. Pewnych rzeczy się po prostu nie wybacza. Nie i już.

Ja zostałam sama w trochę innym momencie życia, ale przecież mówią, że nigdy nie jest za późno, że przychodzimy na świat dwa razy, że ten drugi, to moment, w którym dowiadujemy się po co. Nie wiem czy jest coś, co drażni mnie bardziej niż fałszywie patetyczne cytaty motywacyjne, ale co kto lubi. Ja przecież kiedyś lubiłam Sex and the city.

Ale wracając do Ciebie, mój były czytelniku, to chciałam Ci powiedzieć, że zbrzydło mi pisanie i bywanie w internetach. Zbrzydły mi ten sztuczny blichtr, cukrowe konta na instagramie, które są tak idealnie iedalne i wszystkie wyglądają tak samo. Zbrzydło mi nawet pisanie, które zaczęło być dla mnie przytłaczającym smutnym obowiąkiem. Zniechęciła mnie presja, zniechęciła mnie konkurencja.

Mnie, wybierz mnie, mnie wybierz! U mnie tyle mięsa, krew, pot i łzy leją się strumieniami, jam jest Fenix niekoniecznie z popiołów, bo wciąż siedzę w palenisku i muszę przyznać, że jest mi tu całkiem wygodnie…

Jak długo można znosić takie przekłamanie, jak długo można być specjalistą od wszystkiego, który chcę cię uczyć życia, a przy okazji sprzeda ci ebooczek ze świeżo kradzionymi pomysłami? Nie chciałam i wciąż nie chcę brać w tym udziału, chcę iść po swojemu za tym, co mówią mi serce i intuicja, chcę w zgodzie ze sobą zostać tą cholerną pisarką, która pisze dorosłe powieści i książki dla dzieci, która z tego żyje i na dodatek jest z tym szczęśliwa, bo jeszcze nie całkiem porzuciłam nadzieję, nie całkiem złożyłam broń…

Pochłonięta autoodtwarzaniem obrazków z przeszłości, obracam w dłoni papierek z numerkiem 054, kiedy nagle słyszę ping, a na monitorze widzę swoją kolej. Pani grzecznie pyta o sprawę, w której przyszłam i prosi o moją kennitalę. Nowe technologę mówię bardzo cicho, jakbym wcale nie chciała uwierzyć w to, co właśnie robię.

No cóż, żegnaj, Carrie Bradshaw…

Podobne wpisy