Urok nieistniejącej rzeczywistości

Biorę telefon do ręki, klikam w fioletową, bardzo charakterystyczną ikonę. Bez większej uwagi przeglądam kolejne profile, przesuwam bezsensownie palcem w górę, w dół. Wzdycham. Wodzę – dość niechętnie, ale jednak – za pięknymi ciałami opalonymi na kolor, który tak naprawdę nie istnieje. Degustuję – z niesmakiem, ale jednak – pożywkę serwowaną mi przez spójne feedy i nie do końca wartościowe treści. Wzdrygam się na to wszystko, choć to coraz bardziej rozległe rozczarowanie pochłania sporą część mojego świetnego dnia, którego przecież właśnie w tym momencie wszyscy mi życzą.

Skutecznie dałam się uwieść magii internetowej rzeczywistości, omamiłam samą siebie obietnicą bardzo szybkiego sukcesu w jeszcze krótszym czasie. A potem boleśnie zorientowałam się, że internet wczesnych lat dwutysięcznych, blog oraz treści, które wówczas tak bardzo kochałam już nie mają odbiorców. 

Antiquus amor cancer est. 

Kiedy zaczynałam pisać blog końcem roku 2016, a początkiem 2017, byłam szczerze przekonana, że blogowanie o życiu wciąż się niesie, że idea stojąca za tym, by przynieść głowie ulgę, by podzielić się doświadczeniem, by udzielić komuś wsparcia, bo przecież moja historia to nie jedyna taka, bo takie rzeczy dzieją się codziennie, że to ma jakieś przesłanie, może trafi się morał, że każdy początek zaczyna się od jakiegoś końca.

Chciałam pokazać ludziom, których znałam, a którzy magicznie przestali mnie rozpoznawać na ulicy, chciałam pokazać sama sobie, że nie mam się czego wstydzić, choć pigułkę z upokorzenia i bólu łykałam codziennie, każdego poranka, a po niej jeszcze trittico i asentra, bym mogła jakoś przetrwać kolejny dzień. I kolejny. I kilka następnych.

Po prostu chciałam pisać, zebrać grono czytelników, z którymi mogłabym dyskutować,chciałam poszukać sensu w tym wszystkim, a może i siły, by szukać rozwiązania w kompletnie innej drodze, niż ta, którą obrałam. Tak to sobie wyobrażałam i przysięgam, że nie myślałam o tym inaczej. I jak bardzo uważałam to za pewniak, tak bardzo głęboko byłam w błędzie.

Momentalnie dowiedziałam się, że teraz trzeba zbierać społeczność, która nie będzie mnie czytać, ale będzie ode mnie kupować. Że ja muszę monetyzować, sprzedawać, mieć produkt, ideę, wiecie, taki tam growth hacking na miliony. Zaczęłam więc porównywać się z nową falą specjalistów od wszystkiego, profesjonalistkami, które radośnie doradzały mi sypać więcej brokatu, poprawiać koronę i zapierdalać, choćby z pustym przebiegiem. Miałam zasuwać, choć byłam do cna wyczerpana. Fizycznie, psychicznie, emocjonalnie.

Ale bardzo pragnęłam sukcesu, chciałam mieć te swoje śniadania w pastelowej pościeli, okraszone życzeniami miłego dnia, bardzo chciałam zacząć choć jeden wpis od witajcie kochani, dzisiaj przychodzę do was z historią o tym, jak sprzedałam miliony sztuk mojego produktu. Chciałam być królową wszystkich facebooków i instagramów nie dlatego, że taki miałam cel, ale po to, by udowodnić światu, że jestem siłaczką, wymiataczem, odpierdalam manianę jak nikt inny, a na koniec pokażę wszystkim siarczystego fucka. Chciałam brać solenny udział w tym jakże cukierkowo wykreowanym wyścigu szczurów, bo przecież to internet, tu dzieją się cuda, tu wszystko się może zdarzyć. Prawda?

Dlatego, biorąc sobie mocno do serca te wszystkie złote rady, wymyśliłam sobie wyzwanie milion w rok – chwyt jak żaden inny, bo uważałam, że mogłam to zrobić, na dodatek byle jak, z byle czym, wystarczyło dużo obiecać. Powstała grupa, szalałam na fanpage’ach kobiecych biznesów, linkowałam jak nienormalna do swojej historii, bo przecież trzeba, trzeba, trzeba. Czy zastanawiałam się nad kosztem własnym? Nie.

Nie pomyślałam o tym, że mogłam zwyczajnie nie być gotowa na to, by stawać do walki ze światem. Nie chciałam zauważać, że upadłą jednostką będąc, wciąż mam rozwiniętą jako taką moralność i trochę uwierała mnie chęć wciśnięcia ludziom historii o podróży ze szczytu na samo dno i z powrotem. Bardzo, bardzo pragnęłam rehabilitacji, w szczególności tej materialnej. Jednak pragnąć to jedno, chcieć wykonać to drugie, a podporządkować się trendom to trzecie.

Est modus in rebus.

Wiecie jak boli wyczerpane ciało? Jak każdy ruch, nawet ten najdrobniejszy, jest po prostu torturą? Wiecie jak cierpi takie ciało, które codziennie nęka depresja pomieszana z presją sukcesu? Wiecie jak ciąży roztyty od leków brzuch, kiedy tak naprawdę tych leków nie chce się brać, ale kiedy po prostu trzeba je brać, bo swoim – buuuhuuu – odejściem nie chce się skrzywdzić rodziny? Wiecie jak boli wyprostowana postura, jakie to utrapienie dla kręgosłupa, kiedy głowa jest przygnieciona kilogramami pism procesowych i tytułów egzekucyjnych? W zasadzie to nie tak bardzo, bo najbardziej w tym wszystkim boli dobra mina do złej gry. Zaręczam.

Myślę, że każdy dłużnik przechodzi tę samą drogę złożoną z etapów podobnych do etapów żałoby. Najpierw przychodzi przerażenie, bo otrzymuje pierwsze przedsądowe wezwanie do zapłaty, straszą cię słowa jak komornik i licytacja mienia, więc robi wszystko, by podgonić z płatnościami. Potem wpada w cykl naiwnego myślenia, że jakoś to będzie, bo przecież zawsze jakoś jest, ale często za takim myśleniem nie idą czyny, bo większość rozwiązań wymaga nakładów finansowych, a przecież tych właśnie brakuje. Następnie chce się ratować w jakikolwiek sposób, byle tylko rozwiązać problemy. Chce się sprzedać wszystko, nawet za cenę znacznie niższą niż rynkowa, chce się tylko pozbyć problemu, by tylko mieć spokój, koszty przestają być ważne. Potem okazuje się, że to nic nie da, na stole leży sterta kopert, każda ważąca przynajmniej kilka ton, a jeśli nie aż tyle, to będąca na tyle ciężka, że nie chce się jej otwierać. A potem ogarnia zobojętnienie, niech się dzieje co chce, bo przecież wszystko stracone, reszta rozgrywa się sama przy dźwiękach wyciszonego telefonu.

Carta non erubescit.

Zatem zaczęłam pisać, choć dzisiaj nie wiem po co. Nie miałam strategii marketingowej, nie miałam określonego odbiorcy, nie wiedziałam, że zasięgi są ważne, że analytics i pixel, remarketing, że blog to dzisiaj tak naprawdę start up, że wymaga nakładów nie tylko czasu i talentu, ale przede wszystkim promocji, bo pisanie bloga dla samego pisania nie ma żadnego sensu.

Poddałam się temu owczemu pędowi, uwiodły mnie liczby tych sławnych, zaczarowały mnie tysiące followersów, chciałam wrócić do gry w najlepszym stylu. Chociaż raczej – nie oszukujmy się – chciałam po prostu odegrać się tak, jak hazardzista w kasynie. Tylko po drodze okazało się, że to nie moja bajka. Że ja wciąż wolę sobie siedzieć z laptopem na kolanach i pisać bawiące ludzi historie, niż skupiać się na tym cholernym pi-ar.  Że ja mam dość wielkich biznesplanów, że ja już nie chcę żyłować się ponad możliwości, że nie chcę sprzedawać ani siebie, ani moich przekonań.

Wyjechałam, wyłączyłam internet na rok. Było i jest mi dobrze, choć nie wszystko układa się tak, jak się spodziewałam. Wiadomo. Emigracja przyniosła mi ukojenie i – chyba wcale nie tymczasowy – rozejm pomiędzy mieć a być. Dzisiaj zdecydowanie wolę być. 

To prawdopodobnie ostatni raz, kiedy przywołuję historię mojego bankructwa w taki sposób. Czuję się nią wyniszczona i w końcu – niezależnie od skutków – chciałabym ją zostawić w przeszłości. Po prostu. 

Wciąż mam jednak wiele do opisania i opowiedzenia (bo wiecie, po drodze wydarzyło się tyle historii, że kiedy o nich wspominam, to uśmiecham się i robi mi się ciepło na sercu). Mam też sporo przemyśleń, które chciałabym gdzieś wyłożyć. Pracuję nad podcastem i choć kilkakrotnie pokonała mnie technologia, nie poddaję się. Nagram ten podcast i opublikuję, choćby miała nad tym spędzić pół roku. 

Plan na dziś to 3P: przetrwać, pisać, publikować. Bez myślenia o trikach budujących zaangażowanie, bez presji tworzenia viralowych treści, bez nakładania na wszystko presetu HB1, bez dbania o rzeczy, na których mi tak naprawdę nie zależy. Mam dość uroku nieistniejącej rzeczywistości.

W końcu to moje życie. Życie 2.0.

You might also like