Browsing Tag

powiastki

Siła jest kobietą

Od dziecka mówiono ci, że z taką urodą będziesz startować w konkursach piękności. Nie chciałaś. Mówiono ci, że z takimi nogami powinnaś nosić krótkie spódnice. Nie chciałaś. Radzono ci znajdź sobie zamożnego męża, załóż rodzinę. Nie chciałaś. Mówiono ci, że inteligencja przeszkadza kobiecie, spuść z tonu. Nie chciałaś. Mówiono ci zejdź na ziemię. Nie chciałaś. Mówiono ci także, że jesteś niewystarczająco mądra, więc przeszłaś testy MENSA. Bo chciałaś.

12 lat zmagałaś się z bulimią, bo dałaś sobie wmówić, że mając sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu i ważąc więcej niż sześćdziesiąt kilogramów nie będziesz wystarczająco atrakcyjna, nie będziesz  prawdziwą kobietą. By sobie coś udowodnić trenowałaś. Niemal codziennie i do utraty świadomości. Obciążenia na nogach i rękach lżejsze niż dwa kilogramy były dla mięczaków. Wypad na rower? Owszem, ale na mniej niż pięćdziesiąt kilometrów nie było sensu, bez sześciu litrów wody mineralnej w plecaku także. Kiedy wracałaś poobijana, obolała od skurczy łydek, z rozbitymi łokciami i kolanami, brudna, spocona – wiedziałaś, że odbyłaś właśnie uczciwy trening. Kamienie, żwir, podjazdy, środek upalnego dnia, krwotok z nosa – bez tego nie warto było. Tylko idiotki jeżdżą na holenderkach po mieście. A ty idiotką nie byłaś i miałaś na to papierek.

Robiłaś rzeczy trudne. Analiza finansowa – tydzień i proszę bardzo. Świece japońskie – kilka dni i do usług. Jedno spotkanie w centrum handlowym i zostałaś wiceszefową rady najemców, bo nawtykałaś komu trzeba. Firma założona z dnia na dzień, a w zasadzie w dziesięć dni – a jakże. Pokazano ci zdjęcie ciekawego produktu w Internecie – miesiąc później byłaś jego dystrybutorem w Polsce.

Twój związek musiał być najbardziej udanym na świecie, dlatego chciałaś być bardziej niż perfekcyjną panią domu. I to pomimo, że nie cierpisz prać, sprzątać, gotować. Chciałaś zmienić siebie, zamiast zmienić partnera. Na kogoś bardziej pasującego do ciebie.

Ścigałaś się sama ze sobą, pisząc się na różne nieprawdziwe historie. Na bycie najzimniejszą suką we wsi. Na uszczęśliwianie wszystkich oprócz siebie. Na sprawdzanie ile jeszcze możesz wziąć na siebie. Nie dawałaś rady, stwarzałaś jedynie pozory. Zakładałaś krótką sukienkę, obcasy, brałaś głębokie wdechy. Obrazek ładnie wyglądał.

Chciałaś prowadzić firmę, a nie słuchać seksistowskich żartów, bo ciągniemy druta, pani Karolino, hehe. Miałaś dość spotykania się z mężczyznami, którzy przez swoją pozycję traktowali cię w pobłażliwy sposób i dawali do zrozumienia, że bliżej im do pokoju w hotelu, niż do szacunku dla twoich argumentów.

Popełniłaś dużo błędów, obiłaś sobie kość ogonową tak, że jeszcze długo nie usiądziesz normalnie. Ale ta maska już odpadła i w końcu możesz być sobą. Kobietą.

***

W telewizji widzisz, że Twoja miesiączka jest niebieska i sypiasz jak nietoperz. Na billboardach dużej sieci supermarketów ciężarna żona właśnie usługuje mężowi. Narażasz się na śmieszność, kiedy piszesz #metoo, #jateż. Mówią ci, że jesteś morderczynią, kiedy chcesz sama decydować o sobie. A jeśli manifestujesz na ulicy, to zapewne dlatego, że jesteś tak brzydka, że nikt nie chce cię ruchać. Poza tym zawsze się troszeczkę gwałci i w sumie sama się o to prosiłaś.

Masz zły humor nie dlatego, że skręciłaś kostkę idąc do pracy. Nie dlatego, że chciałaś nawtykać facetowi, który właśnie cię zgwizdał.  I wcale nie dlatego, że oczekujesz od podwładnych dobrze wykonanej pracy. Masz fochy tylko dlatego, że przechodzisz PMS lub chłop cię słabo bzyknął. Lub nie bzyknął cię wcale, bo jak jesteś sama, to przecież musisz być zgorzkniała, a przez to dodatkowo podła.

Jesteś zadowolona nie dlatego, że pomalowałaś równo paznokcie, a twój team zamknął projekt w terminie. To w nocy musiało być na ostro. Kiedy mężczyźni noszą buty z końskiej skóry robione na zamówienie, ty męczysz się kilkanaście godzin w najdroższych szpilkach, bo pracować możesz albo tak, albo wcale. Wciąż walczysz, bo jesteś kobietą i przecież chcesz coś znaczyć.

Krwawisz co miesiąc. Rodzisz po dziewięciu. Karmisz kolejne pół roku albo rok. Znosisz ból, o którym mężczyźni nie mają bladego pojęcia. Praca w domu to przecież wypoczynek. Zakładasz dekolt i garsonkę, więc na pewno chcesz pograć seksem. Przymykasz oczy na tanie żarty i sugestywne poklepywanie po plecach, bo po tyłku już nie wypada. Przebijasz szklane sufity kosztem własnego zdrowia i kobiecości.

Osiągasz więcej i więcej. Bo chcesz, nie dlatego, że musisz. Rywalizujesz z mężczyznami, choć nie powinnaś i też wcale nie musisz. I tak masz lepsze wyniki, bardziej rozwiniętą inteligencję emocjonalną i analiza faktów idzie ci znacznie lepiej, choć oficjalnie ci nie wypada. Ale to Twoi koledzy zarabiają więcej, szybciej awansują i wiedzą lepiej od ciebie, nawet jeśli mówią od rzeczy. Nauczyłaś się szybko ogarniać w firmowej toalecie i umiesz przetrzeć oczy tak, by nie rozmazać makijażu. Bo nie raz ani dwa zdarzyło ci się wyć. Z bezsilności. Mimo to, nie poddajesz się. A jeśli Twój świat się rozpada, zbierasz się w sobie i składasz na nowo.

Bo jesteś siłą, a siła jest kobietą. Kobietą 2.0.


Ten wpis otwiera cykl KOBIETA 2.0, w którym znajdą się historie o poszukiwaniu siły, dochodzeniu do punktów zwrotnych i zmianach w życiach kobiet. Owszem, inspirowałam się akcją miesięcznika PANI “Siła jest kobietą”, a we wpisie wykorzystałam grafikę Agaty Endo Nowickiej, której prace możecie podziwiać tutaj.

Jak szukać faceta po trzydziestce

Już teraz możemy się umówić, że samotność z założenia łatwiej znosi się po setce niż po trzydziestce, ale nie o tym ma być ten tekst… A może jednak?

No trudno, stało się, wywaliłaś jego rzeczy przez okno, rozwaliłaś w furii jego laptop lub może on sam się zwinął po cichu, niczym londyńska mgła czy złodziej w przebraniu konwojenta z siedmioma milionami w bagażniku. Cierpisz, płaczesz, życie się skończyło. Postanawiasz: żadnych facetów, od teraz skupiasz się na karierze, zapisujesz się na siłownię, wywalasz z diety proste węgle, dorzucasz do makro więcej białka, trenujesz mięśnie. Pamiętaj, że serce to też mięsień, więc trenuj odpowiednio! Odpowiednio dobrze.

Ale kiedy już dotarło do Ciebie, że owszem fajnie się przytulić do kota, miło iść samej do kina i bez wyrzutów sumienia opierdzielić na kom-romie pudło popcornu i delektować się colą (i to wcale nie zero), że ekstra i super jest nie golić nóg oraz sama-wiesz-czego przez kilka tygodni, zaczyna czegoś brakować. Kariera jednak nie starcza, w końcu nie każdy może zostać Oprah Winfrey czy Marie Forleo, a Ty w sumie lubisz swoją korpoposadę i wolałabyś nadgodziny spędzać na dzikim seksie, niż z dziką stertą zaległych papierów, a i w sumie to robota nie zając nie ucieknie… a czas tyka…

Zacznij od oszukania siebie, że nie szukasz nikogo na poważnie, że sam seks jest wystarczający. Wierz mi, tak będzie Ci zdecydowanie łatwiej. A potem zainstaluj tindera. I uzbrój się w cierpliwość.

Przekopiesz się przez dziesiątki profili, dostaniesz bardzo dużo wiadomości w stylu żona go nie rozumie i wcale ze sobą nie śpią. Przygotuj się też na zdjęcia szerokich klat i wąskich horyzontów (myślowych). Tam każdy jeździ na nartach, uprawa cross fit (kurwa!), a jak nie czytasz, to nie pójdzie z tobą do łóżka.

Obejrzysz setki zdjęć różnych części ciała świata, najczęściej to jakaś oferta last minute i przymrużone oczy, bo jak last minute to i all inclusive, kto bogatemu zabroni? No przecież nikt. Ale nie trać wiary, przytul mocno kotecka i dawaj w prawo ile fabryka dała! Jeśli będziesz odpowiednio naiwna, to złapiesz się nawet na faceta kradnącego tożsamość jakiemuś sławnemu modelowi. Z Turcji.

Dlatego, jeśli po pół roku jakiś mężczyzna w szarej koszuli i ze szczerym uśmiechem w końcu zapyta cię jak się miewasz i co lubisz, nie przerażaj się. Doszłaś właśnie na koniec tindera. Przesuń w lewo. Poszukiwania możesz zacząć od początku, bo na co ci normalny facet? Jeszcze potraktuje cię serio i co wtedy? Meh…

Jeśli tinder nie spełnił twoich oczekiwań, udaj się na miasto. Bo przecież obejrzałaś już wszystkie komedie romantyczne tego świata, przeczytałaś już wszystkie poradniki z serii jak zbudować szczęśliwy związek, jak sprawić by każdy mężczyzna mnie chciał oraz co zrobić, jeśli nie jestem zołzą  i nadeszła pora, by przejść od teorii do praktyki. Na pewno masz wolne koleżanki, które tak samo, jak ty uważają, że faceci są beznadziejni i z którymi możesz imprezować, gdyby jednak nikt nie chciał z tobą zagadać.

W każdym razie musisz się koniecznie zrobić: fryzjer, manikiurzystka i wizażystka to naprawdę bardzo podstawowy must have. Przecież nie wyjdziesz na miasto w trampkach, dżinsach i białym podkoszulku. Opcja high budget: wcześniej wybrać się na zakupy ze stylistką, która przebierze cię za tanią podróbkę Kim K. i to za jedyne kilka tysięcy złotych. Zatem skoro już wyglądasz jak królowa balu możesz śmiało udać się na podryw.

Takie małe pytanie na marginesie: skoro już udostępniłaś grafikę z Marilyn Monroe i cytatem jeśli nie potrafisz znieść mnie kiedy jestem najgorsza, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, kiedy jestem najlepsza, to po co się tak stroisz?

No dobrze, właśnie wyszłaś na miasto, więc możesz sobie teraz strzelić banieczkę. Dla kurażu. Od tego przecież jeszcze nikt nie umarł. Od dwóch czy trzech też nie. Pamiętaj tylko, by nad ranem nie zarzygać taksówki. Czyszczenie weluru (wbrew pozorom) tanie nie jest. Gdybyś jednak przytańczyła sobie jakiegoś szalonego młodzieńca, a rano okazało się, że mieszka z mamą, która pyta cię o listę chorób genetycznych w twojej rodzinie i szykuje ci szakszukę – uciekaj! Skoro jego mamusia chce się go pozbyć tak rezolutnie, to zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, że za jakiś czas będziesz chciała zrobić to samo.

Wersja równie średnio optymistyczna: obudziłaś się u siebie, mając przy boku pijanego w sztok seks turystę. Cóż, wtedy zawsze możesz zagrać porządną i pedantyczną, zawinąć delikwenta w dywan i postawić pod trzepakiem. Jeśli masz naprawdę dobre przyjaciółki, któraś na pewno ci pomoże.

Marzysz o mężczyźnie, który uprawia sporty ekstremalne? Zapisz się na skok ze spadochronem, kurs paralotniarstwa czy tajskiego boksu. Miałam kiedyś koleżankę, która uważała, że panowie trenujący capoeirę tak naprawdę chcieliby nauczyć się tańczyć, ale się wstydzą, więc może wybierz ten kurs? Będziesz miała dwa w jednym – jak trzeba da w mordę, a jak nie – potańczy. Problem z głowy. Gdybyś jednak i tam nie spotkała mężczyzny swojego życia, możesz spróbować kółka szachowego. Przecież najważniejszy jest intelekt i liczy się charakter, nie? He. He.

Pamiętaj, że z wiekiem wymagania rosną, a możliwości maleją.

Dlatego, by zainteresować faceta, sama musisz wieść ciekawe życie. Koniecznie i bezapelacyjnie odpicuj swój profil na fejsie i insta, wrzucaj tam masę zdjęć z imprez, nawet tych z sanatorium (impreza to impreza przecież), wciągaj do zdjęć brzuch i wydymaj usta, może nikt nie zauważy, że nie masz już 17 lat. Cytaty motywacyjne to też miara twojej wartości i głębokości duchowej, więc nie pomijaj ich w ogóle. Świat będzie taki ubogi, jeśli nie przekażesz mu tej całej mądrości, którą w sobie nosisz.

A skoro znów weszliśmy na temat internetów… To wiesz czego uczą na każdym szkoleniu z social media? Zasięg. Zasięg to podstawa. Nie poddawaj się i zwiększ swój. Nie poszło z tinderem, w knajpach wciąż to samo towarzystwo, pora na nowości. Sympatia, e-darling, zaadoptuj faceta – wybieraj.

Ale tak miedzy nami to już chyba lepiej, żebyś adoptowała drugiego kota…

Nigdy więcej

Drzwi do gabinetu były uchylone, kiedy weszłam do środka. Przychodnia nie jest duża, mieszkanie przerobione na dwa gabinety, poczekalnię i toaletę. Moje wejście to zawsze to po prawej. Psychiatra stał przy komodzie tyłem do mnie, grzebał w teczkach. Nie było, Pani, u nie dość długo, co tam się wydarzyło? Jak znosi Pani odstawienie leków?

Dobrze, dziękuję, daję sobie radę i idzie mi coraz lepiej. Co jest  trochę zgodne z prawdą, a trochę nie. Bo jeszcze czasem mnie ta rzeczywistość ugryzie, jeszcze czasem da mi w kość, ale idą zmiany, podjęłam wiele decyzji kalibru być albo nie być, być czy mieć, serce czy rozum. Przestałam już poddawać się emocjom, nie grzebię w przeszłości, nie rozpaczam i nie zastanawiam się dlaczego ja?

Bankructwo stygmatyzuje, wypycha poza granice społeczeństwa i wyjmuje spod prawa.  Najgorszy jest wzrok ludzi, to spojrzenie pełne politowania, a czasem wyższości. I ten wyraz twarzy mówiący naprawdę mi przykro, że ci nie wyszło, ojej, naprawdę, hehe… Bo porównania w dół zawsze robią lepiej na ego, kiedy wiesz, że to ktoś inny, nie ty; nie ty miotasz się wśród problemów i nie wiesz od czego zacząć, ty natomiast masz tę wygodną pożywkę i o czym pogadać wieczorem, i ucieszyć się z czyjegoś niepowodzenia. Umówmy się, ludzie lubią porażki, szczególnie innych. Dzięki nim mogą się poczuć lepiej.

To dlatego bankrut nie mówi o swoich problemach, dlatego unika tych oczu pełnych obłudy, dlatego skazuje się na samotność i gehennę palącego poczucia winy i przeświadczenia o własnej głupocie, choć wcale nie powinien. Bo nie przytrafiło się to tylko jemu, bo on nie jest jedyną osobą na świecie, którą to dotknęło, bo przed nim było wielu, a i po nim będą następni. A mimo to wciąż dłużnik zmaga się ze sobą i z pytaniami: co zrobiłem źle, gdzie popełniłem błąd, dlaczego byłem aż tak naiwny, czy to musiało się tak skończyć? I katuje się alternatywnymi scenariuszami, w których rozgrywa sprawy lepiej, mądrzej, uważniej. Bo przecież zawiódł, przegrał, pożegnał się z życiem, które było wygodne, choć niekoniecznie rozsądne.

Bolą zablokowane konta, wizyty u komornika i wizyty komornika. Przerażają operaty, licytacje, pisma i nakazy. Tracisz wiarygodność, jesteś wykidajłą, który nawet nie zapłaci kartą za jedzenie w spożywczym. Nie pochwalisz się na fejsie zdjęciami z last minute, nie kupisz nowej kurtki na zimę, cieszysz się jak głupi, kiedy w lumpeksie wygrzebiesz niezużyty sweter z osiem złotych. To twoja nowa rzeczywistość i nie jest ona ani miła, ani wesoła.

Poddałam się, choć mogłam walczyć. Ale jak odeprzeć frontalny atak przypuszczony przez wierzycieli, banki, ZUS i urząd skarbowy, który odbiera wszystkie siły i zawstydza do tego stopnia, że boisz się wyjść z domu, a na dźwięk telefonu czy dzwonka do drzwi dostajesz ataku paniki? To nie jest planszówka, którą można odłożyć na półkę i wrócić do niej kiedy się ma ochotę. Życie złożone z poranków, wieczorów i miedzyczasów wypełnione myśleniem o długach, snuciem rozwiązań, które i tak nie nastąpią, odrzucaniem scenariuszy, które zapewne się wydarzą.

Bo sprawy wydarzą się bardziej niż nie wydarzą. Bałam się utraty pieniędzy – stało się. Bałam się utraty mieszkania – stało się. Bałam się utraty niezależności – stało się. Bałam się, że zostanę sama – stało się.

W takiej sytuacji rozwiązania są dwa: albo się poddasz, wkleisz się w swoją rzeczywistość  przegrańca i tak już w niej zostaniesz. Albo zdasz sobie sprawę z tego, że rzeczywistość jest brutalna, gra faulami, kopie poniżej pasa aż do porzygu, ale życie masz jedno i może warto się zebrać, by spróbować ułożyć je na nowo i tak jak chcesz? Może warto odrzucić wszystkie zawahania, pogodzić się z niepewnością, przyjąć, że wydarzy się najgorsze, założyć najczarniejszy scenariusz, by na końcu okazało się, że możesz wszystko.

Ja już nie jestem bankrutem, już nie jestem grafomanką, już nie jestem przerażona. Zmiany nadchodzą. Kierunek góry coraz bliżej.

Pani Karolino, czy podjęła Pani decyzję o terapii?

Tak. Nigdy więcej.

730

Spotkaliśmy się jesienią, pamiętasz? W tym barze, w którym runęły schody. Myślałam, że podrywasz moją koleżankę i chciałam sobie po prostu iść.  Złapałeś mnie wtedy za rękę, powiedziałeś tak bardzo dosadnie zostań, że straciłam głowę. Miałeś przejmująco czarne oczy i uśmiechałeś się w ten charakterystyczny sposób. Pamiętam.

Uśmiechałeś się tak zawsze – bez uśmiechu, oczami, a ja już wtedy, na samym początku wiedziałam, że Ty to ten. Na pierwszej randce chciałeś dotknąć moich włosów, a ja zrobiłam niby unik i wypaliłam sobie dziurę w nowym płaszczu. Wściekła byłam, pamiętasz?

Mówiłeś, że ból rodzi się i gaśnie w głowie, więc pokazywałeś mi, że można kopnąć słupek znaku drogowego i nie odczuwać nic. A ja udawałam, że nie widzę jak ukrywasz kulawiznę i masujesz piszczel, kiedy wyszłam do toalety. I wcale się z tego nie śmiałam. Wcale. Pamiętam.

A potem przyszła zima, przewróciłam się na okrąglaku, cholerne obcasy i zlodzone kałuże. Miałam urodziny, kupiłeś mi perfumy. Sama je sobie wybrałam, powiedziałeś ekspedientce, żeby zapakowała je tak, żeby nie dało się ich wyciągnąć, bo nie lubiłeś tego zapachu. A potem łapałam Cię na tym, że wąchałeś korek od butelki. Niby niechcący. Pamiętasz?

Pojechaliśmy też do Zakopanego. Wtedy Szymoszkowa wydawała mi się taka stroma, a Ty koniecznie chciałeś mi  zaimponować i pokazać jak dobrze jeździsz na nartach, szło Ci nieźle, szkoda tylko, że zerwałeś więzadła. Zarysowałam pod szpitalem Twojego granatowego klasyka z silnikiem boxer i nie wiedziałeś co boli Cię bardziej – kolano czy ta rysa? Rysa. Pamiętam.

A pamiętasz jak wziąłeś L4, bo odbywałeś rehabilitację, której nie było? I pojechaliśmy do Sopotu. Złościłeś się, że wiszę na telefonie, że ciągle tylko świece japońskie albo Fibonacci, że byki przeciwko niedźwiedziom i inne takie. Wyrzuciłeś moją komórkę do morza, wiało wtedy nieziemsko, bo to przecież zima była. Nie lubiłeś tego, że mam podzielną uwagę. Wieczorem w knajpie pianista grał dla mnie ostanią niedzielę na przeprosiny. Nie rozmawialiśmy aż do powrotu do hotelu. I przez następny tydzień, ale tylko dlatego, że zajęła nas miłość. Pamiętasz?

I wtedy nagle przyszła wiosna, zachwyciłam się różową watą cukrową, żonkilami i Jamesem Jonesem. Tłumaczyłam Ci, że Stąd do wieczności to najlepsza książka na świecie, a Ty pokazałeś mi fakturę od lakiernika. I za woskowanie. Musiałam wystosować list z przeprosinami oraz przysiąc, że już nigdy nie wsiądę za kierownicę 993, choćbyś stracił wszystkie kończyny. Trzy tygodnie później zarysowałam ją w garażu. Kijkiem narciarskim. Niemal popłakałeś się z rozpaczy. Ja też. Ze śmiechu. No i pokryłam połowę kosztów lakierowania. I pełen koszt woskowania. Rachunki mam do dzisiaj, więc pamiętam.

Pojechaliśmy też na tor wyścigowy. Przewiozłeś mnie tak, że zwymiotowałam na wycieraczkę. Nie zdążyłam otworzyć drzwi, tylko kask ściągnęłam. Twoja 993 nie miała ze mną lekko. Kiedy następnego ranka też mnie mdliło, żartowałeś, że może jestem w ciąży, a za chwilę oboje zbledliśmy. Trzy dni później dostałam okresu i byłeś bardzo rozczarowany. Pamiętasz?

Dla Ciebie intensywnie uczyłam się gotować. Tak intensywnie, że przyjechałam pijana do Twojego biura, bo zrobiłam pierwszy raz w życiu placki ziemniaczane. I one się udały właśnie dzięki temu, że w lodówce był gorzkawy wermut i cytryna, i lód. Słuchałam wtedy Billy Holiday, a ona przecież była taka smutna… Upijaliśmy się tamtego lata okrutnie, chodziliśmy nago po domu i zaliczyliśmy mandat za nieobyczajne zachowanie w miejscu publicznym. Pamiętam.

A pamiętasz jak wstawałeś o piątej rano, żeby w mojej ulubionej piekarni kupować gorący chleb i przynosić mi go na śniadanie? I kupowałeś mi płyn do kąpieli o zapachu piżma? I przesiadywaliśmy w wannie wiele godzin, bo lubiłeś ten zapach, a ja zakładać Ci nogi na ramię. Całowałeś mnie wtedy po kostkach i mówiłeś, że lubisz to, że moje stopy są drobne i zgrabne. Pamiętasz?

I znów za oknem zrobiło się złoto, spadły liście i ten jeden podły kasztan na Twoją 993. Umierałeś ze strachu, że znów się porysowała, o wgnieceniu nawet nie mogłam wspomnieć. Sąsiedzi z kamienicy naprzeciwko chyba mieli Cię za wariata, kiedy jak szalony przecierałeś maskę moją starą koszulką do spania. Pojechaliśmy wtedy do Pragi, a ja nagrałam szum silnika w tunelu na autostradzie. Powiedziałeś mi w środku nocy na środku jakiejś uliczki, tuż przy lodziarni, że mnie kochasz, że zawsze będziesz i że papierosy nam się skończyły. Pamiętam.

Praga nigdy później nie smakowała mi tak samo, choć rzuciłam palenie. Miałeś jeszcze taki zwyczaj, że wpadałeś do domu jak wariat, pijany, przepalony, wprost z imprezy, na przytulanie i seks, na to by mnie czuć na sobie, bo nie chciałeś nikogo innego. A potem zamawiałeś taksówkę i  wracałeś na potańcówkę integracyjną, bo właśnie zatrudniłeś pięćdziesiątego pracownika, a ja musiałam oddać raport na poniedziałek i nie mogłam z Tobą być. Pamiętasz?

A pamiętasz Twoje trzydzieste piąte urodziny? Poszliśmy na burgery i piwo, mieliśmy wrócić szybko, bo pogoda słaba, padało, październik to w końcu był. Pokłóciliśmy się wtedy, bo z kelnerem rozmawiałam dwuznacznie, a Ty przechodziłeś przecież kryzys połowy życia. Poszarpaliśmy się na ulicy, urwałeś mi guzik w płaszczu, a ja dałam Ci w twarz. A potem kochaliśmy się w tej naszej bramie, wiesz której… Pamiętam.

A potem znów była zima, grudzień, moje trzydzieste urodziny. Siedzieliśmy pod smokiem do rana i piliśmy Granta z colą. Oboje się przeziębiliśmy. Mówiłam Ci weź antybiotyk, a Ty parzyłeś herbatę z imbirem i poszedłeś na bańki. Nie mogłeś po nich spać na plecach, a ja okrywałam Cię ulubionym kocem. Miałeś prawie czterdzieści stopni gorączki i majaczyłeś, że jak dzieci to tylko ze mną, całowałeś moją rękę, nie dałeś się zostawić. Pamiętasz?

W styczniu dostałam awans i pracowałam trochę więcej, bo chciałam Ci koniecznie dorównać. Powtarzałeś, że jestem młodsza o pięć lat, więc mam pięć lat więcej na wszystko, ale nie słuchałam. Brałam nadgodziny, siedziałam nad wykresami, tabelkami, kursami. Byłam zmęczona. Byłam zła. Choć nie chcę, pamiętam.

Wiosną obroniłeś doktorat. Byłam z Ciebie taka dumna, sieci neuronowe to prosta sprawa nie jest. Podarowałeś mi wtedy Lunatyków, żebym pamiętała, że każdy czasem błądzi. A ja dałam Ci spinki do mankietów, choć nie nosiłeś koszul. Chciałam Ci pokazać, że też robię karierę, że też coś mam, a Ty wzruszyłeś tylko ramionami. Pamiętasz?

W Wielkanoc pokłóciliśmy się tak, że w złości rozbiłeś ukochane 993. I już żaden lakiernik nie był w stanie pomóc. Pamiętam.

W maju wyjechałam w pierwszą zagraniczną podróż służbową i nie mogłam z Tobą codziennie rozmawiać. Wysyłałeś mi mmsy z siłowni, że się rozwijasz i uprawiasz jogę. Że powinniśmy spróbować razem, a może jakaś tantra? Byłeś zły, kiedy milczałam przez dwa dni, bo przecież martwiłeś się o mnie, bo Chiny wielkie państwo, wielka sprawa, a ja zadzierałam nosa. Na lotnisku powitałeś mnie tabliczką z napisem wredna suka. Pamiętasz?

Bywałam coraz częściej zmęczona, a Ty zły. Chciałeś uwagi, a ja kariery, Ty mówiłeś dzieci, ja mówiłam pies. Ty mówiłeś, że mamy wszystko, a ja że mam pięć lat. Ty, że moje mieszkanie można wynająć, a Twoje sprzedać, że może byśmy się przenieśli na wieś i żyli inaczej. Kazałeś mi wybierać. Nie rozumiałam o co Ci chodzi. Pamiętam.

We wrześniu przeprowadziłam się do siebie. Dwa lata wspomnień, które nigdy się nie zdarzyły.

I’m here and I’m hungry

Chciałam, żeby to była zwykła sesja, kilka autoportretów, żeby w końcu pozbyć się tego niezręcznego selfie. Zrobiłam makijaż, wycięłam dekolt w granatowym podkoszulku. Szło mi opornie.

Godzinę później stałam przed lustrem. Patrzyłam na swoje ciało, z którym zgubiłam porozumienie zanim jeszcze zorientowałam się, że je mam. Piersi już wcale nie tak wysoko. Ramiona już nie takie zgrabne. Biodra pełniejsze niż jeszcze kilka lat temu.

I blizny. Blizny szpecą mój brzuch, choć obie są pamiątką po uratowanym życiu. Przypominają o szpitalach, o czerwonych burakach i wymiotach po narkozach. Przypominają o tej siedemnastolatce, która zmarła za ścianą, o rozpaczy jej matki. Przypominają mi lekarkę, która mówiła Pani Karolino, różnie może być, nie będę obiecywać. Onkologia to przyjemna nie jest wcale.

Bałam się tak bardzo, że 3 dni po operacji wypisałam się na własne życzenie, a dzień później niemal złamana wpół prowadziłam samochód i kupowałam jedzenie dla niemowląt, bo innego nie mogłam.

I ta szara koperta, którą otwiera się drżącymi rękoma, choć wynik mówi, że jakoś to będzie, że jakoś dam radę, ale muszę uważać już do końca życia. Toteż uważam i biegnę z każdym bólem do lekarki i roztkliwiam się przez to nad sobą. Cóż, to już może nawet mała hipochondria. Ale lubię życie, więc nie chcę niczego przeoczyć. Po prostu.

Patrzę na pieprzyk w okolicy pępka. On tak bardzo go lubił. Za chwilę przypominają mi się kostnice, identyfikacje i rozpacz. Ból, który rozsypuje cię na najdrobniejsze kawałki, ból, od którego nie można oddychać i taki, który odbiera normalność na długie lata. Nieważne, że bardzo lubisz żyć… Nikt nie kochał mnie tak, jak on. Łzy ciekną mi po policzkach…

Patrzę na mocny makijaż i nie poznaję siebie. Myślę o normalności, której tak bardzo chciałam, a do której tak bardzo się nie nadaję. O moim ostatnim związku, tak bardzo pozornie udanym i tak bardzo letnim, w którym słabe emocje tliły się jedynie na początku. Powinnam była to skończyć zanim się jeszcze zaczęło, ale przecież chciałam tak, jak wszyscy. Przykładnie, grzecznie. Nie umiem. Nie potrafię. Nie chcę. Czy zmarnowałam znów pięć lat?

Myślę o tym, że potrzebuję inaczej niż inni. Mocniej, intensywniej, bardziej. By wiedzieć, że żyję. By czuć. By działać. Obiecałam sobie nie chować głowy w piasek. Tymczasem strach przed tym, że mogłoby mi się przytrafić coś lepszego niż zawsze, odbiera mi rozum i sprawia, że wychodzi ze mnie najgorsze. Co jeśli znów zbiorę po tyłku? Co jeśli znów będę dławić się z rozpaczy? Co jeśli to wszystko jest oszustwem?

Chcę i nie chcę jednocześnie, boję się i nie boję. Uciekam, choć bardzo chcę zostać. Zatrzymasz mnie?

Czuła jest noc. Albo bardzo samotna.

 

Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości…

Miała być sesja, miała być miłość ojcowska. Kilka niewinnych ujęć, parę uśmiechów. Napisał raz, drugi i trzeci. Odwykłam od flirtów i rozmów z mężczyznami. Oduczyłam się kokieterii, komplementów nie umiałam przyjmować nigdy.

A on zaczął pisać tak, że zrobiło się gorąco i to bynajmniej nie przez sierpniowe upały, nogi mi się ugięły, ulica, którą szłam przestała istnieć. Wlała się w szum miasta, nie zauważałam mijanych ludzi. Zaczerwieniłam się tak bardzo, że zrobiło mi się wstyd samej przed sobą.

Sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, śniada karnacja, włoskie pochodzenie. Szerokie ramiona i duże dłonie. Delikatność i kruchość w obecności ośmioletniej córki. Bezczelność wobec kobiet, które na niego patrzyły. Idealnie dobrany strój, świetnie obcięte włosy, broda spod brzytwy wytrawnego barbera. I konto na instagramie z dziesiątkami tysięcy obserwatorów.

Wężowe botki peep toe na kilkunastocentymetrowym obcasie za ostatnie kilkaset złotych, czarny kombinezon z dużym dekoltem, czarne koronkowe body. Makijaż idealnie dopracowany, włosy splecione w kłos nad czołem. W torebce ibuprom na wszelki wypadek, gdyby stopy zaczęły boleć od niebotycznych szpilek.

Skórzana ramoneska, mocna matowa szminka, Aqua di Parma w ilości zdecydowanie za dużej. Drążce nogi, niepewny chód, ekscytacja pomieszana ze strachem.

Stał w umówionym miejscu, wyglądał jak wyjęty ze światowego fashionweeka. Patrzył na zegarek. Wyhamowałam.

Kim jestem? Co mam? Nikim. Nic. Niczym mu nie zaimponuję przecież. Uciekaj.

Przyspieszyłam kroku, kilkanaście minut poźniej gryzłam kierownicę w samochodzie na parkingu przy galerii. Zrobiło się bezpiecznie.

Dostałam wiadomość: co z tobą?

No właśnie? Co ze mną?

Sama nie wiem.

Jak być prawdziwym blogerem

Pamiętam tamte czasy, tamte straszne czasy przed rokiem 2000, kiedy to nie posiadałam komputera, a na internet chodziło się grupowo do kolegi.  Pierwszy modem i dźwięk, który wydawał, i magiczny numer 0202122. Dzisiaj losy tego świata wydają się sztywno ustalone na najbliższe dekady, jak nie stulecia – internety są wszędzie, mają już swój dowód osobisty i wychowały przynajmniej jedno dorosłe pokolenie. To moje.

Pamiętam te okropne czasy czatów w kafejce u Louisa, dyskietki, na których mieściło się tylko kilka zdjęć w okropnej rozdzielczości, które to zdjęcia najpierw trzeba było wywołać, a potem zeskanować, by móc je zamieścić na sympatii. Pamiętam też jesień 2002 roku, kiedy zainstalowano u nas pierwsze stałe łącze i odkryłam blogi. Monokolorowe płachty, pisane w tajemnicy pamiętniki z życia mas, bo wtedy każdy chciał być anonimowy jak najdłużej. Dzisiaj to już jest bardzo, ale to bardzo passé.

Dlatego, blogerze, byś przestał być anonimowy i wkroczył dumnie na salony wpisów sponsorowanych, barterów, selfie z ręką Justina Bibera czy kawałkiem łuszczycy Kim Kardashian, powinieneś trzymać się kilku zasad.

Zacznijmy od technikaliów. Pamiętaj, że to, czego nie ma w internecie nie istnieje. Dlatego jeśli marzysz o sławie i takeawayach natychmiast załóż blog! Wspomóż go fanpagem na tym znanym portalu, profilem w aplikacji z kwadratowymi zdjęciami, następnie kontem w aplikacji z duszkiem. Potem jeszcze tylko aplikacja do ćwierkania, tablica z pinami i jesteś prawie sławny. Zaproś wszystkich znajomych do obserwowania Twoich poczynań. Jeśli nie będzie zainteresowania zapraszaj do skutku, aż wywalą cię ze znajomych lub dadzą ci bana. W ostateczności możesz kupić fanów na serwisie aukcyjnym. Zawsze będziesz wyglądał na już trochę sławnego.

Musisz zadbać o swój styl i unikatowość w sieci. Dlatego, jeśli zdjęć nie robisz przynajmniej iPhonem 6 plus lub pełnoklatkową lustrzanką, zadbaj chociaż o odpowiednie filtry. Byś mógł być inny, ale jednak niczym się nie wyróżniał, byś miał swój styl, ale jednak wyglądał jak podróba tych najpopularniejszych kont, koniecznie obrabiaj zdjęcia w VSCO filtrami A5, H1 i H2. Jeśli nie obrabiasz ich w taki sposób, to nie obrabiaj ich w ogóle, OK?

Na zdjęciach muszą być koniecznie odpowiednie elementy: ketogeniczne śniadania, owsianki z mrożonymi owocami, różowe kubki, selfie z bickiem, buty od tego rapera, któremu się ostatnio zwariowało czy książki Remigiusza Mroza. Pamiętaj, jak nie będziesz ich czytał, to nikt nie pójdzie z tobą do łóżka. A jeśli nie masz tych wszystkich przydatków, to po co chcesz być w internetach?

Powinieneś być także obecny wszędzie. Opublikuj wpis na blogu, w którym opowiesz jak ci minął dzień na siłowni, jak sprawdzają się szmatki od chińskiego sponsora albo jak zabijasz bogu ducha winne zwierzę, odpowiedz na komentarze na facebooku, by potem zbanować krytykantów na instagramie, po których następnie pojedziesz na snapchacie. A wieczorem relacja z melo na zbawiksie, może nawet spotkasz Huberta w Planie B. Jeśli tak, koniecznie pochwal się tym w soszjalach, inaczej nawet do niego nie podchodź.

Musisz, ale to bezapelacyjnie musisz KOLABOROWAĆ! Kolaboracja to podstawowy powód twojej obecności w internetach, bez kolaboracji nie ma kolacji (sponsorowanych).  Pamiętaj tylko byś wybierał zagranicznych producentów, najlepiej tych z Niemiec, najlepiej ciuchy od Hugo Bossa (on to umiał dobrze ubrać każdego, wierz mi). Dzisiaj takie czasy, że za kolaborację głowy ci już nie ogolą, a bez niej będziesz blogerem fajtłapą. Jeśli nie masz się czym pochwalić na insta, to choć udawaj, że kolaborujesz. Leć do Pepco, na promocję do biedry, kup sztuczne futerko w Ikea (Jon Snow approved), zmontuj plan zdjęciowy na szybko. Zrób sobie śniadanie do łóżka, najlepiej z makaroników oraz z czytnikiem książek w tle. Pamiętaj, że na zwrot masz najczęściej 14 dni, tylko Ikea ma zwroty bezterminowe. Chyba. I niech cię ręka boska broni pić cynamonowe pumpkin spice latte ze starbunia czy jeść sushi i nie uwiecznić tego na zdjęciach. Tak bezzdjęciowo wydane pieniądze, to źle wydane pieniądze. Ewentualnie dogadaj się z radą najemców i zamieszkaj w centrum handlowym. Będzie hype.

Wyznawaj minimalizm. Kup dwadzieścia książek, by się go nauczyć.

Kręć się koło znanych i cenionych. Udzielaj się na blogozlotach, na których zawsze występują te same osoby, ale – proszę – niczego nie wynoś. Gifty najczęściej dostaje się za zdjęcie z produktem na ściance i pod koniec imprezy. Może jesteś mniej znany lub nieznany wcale, ale miej swój honor. Jeśli będziesz odpowiednio cierpliwy, trafisz na ściankę. Jako ręka trzymająca torebkę Maffashion czy podnóżek Kominka. Pamiętaj, dla sławy warto wszystko. Tylko bądź cierpliwy.

I nie marnuj żadnej okazji! Żadnej! Bo może się nie powtórzyć. Przechodzisz koło lustra koniecznie cyknij selfie. Przechodzisz koło witryny sklepowej też zrób sobie zdjęcie. Zrobiłaś nowe paznokcie? Zrób o tym instastory, nagraj filmik na youtube. Jeśli wyświetli go ktoś inny niż rodzina i przymuszona Gabryśka, może następnym razem ktoś ci je zrobi za darmo. Pamiętaj, żaden dzień się nie powtórzy, a sponsor nie puka dwa razy.

Bądź też oficjalnie niewrażliwy na krytykę i miej w nosie hejterów. Udawaj, że to oni czynią cię sławnym, ale na wszelki wypadek blokuj ich wszędzie, bo przecież liczy się dobry PR. Może i Madonna miała rację, może powinni gadać i to nawet wszystko jedno co, ale – pamiętaj – jesteś tak wyjątkową jednostką, że krytyka nie godzi się. No jak?

A właśnie! Masz dziecko i nie piszesz o parentingu? (rodzicielstwo jest takie bardzo nietrendy) To po ci w ogóle to dziecko? Bez sensu. Naprawdę. Przecież twoja fasolka nie wydala z siebie niczego innego oprócz tęczy jednorożca. Jak możesz się tym nie pochwalić światu? Nie marnuj okazji! Pokaż twarz dziecka wszędzie, gdzie możesz, najlepiej już na sali porodowej. Jednak – miej na uwadze oczywiście – nie opłaca się to przy rozwarciu mniejszym niż pięć centymetrów.

Wydaj swoją książkę. Koniecznie i bezapelacyjnie. Choćbyś miał pisać pierwszą powieść marynistyczną w blogosferze, choćbyś sprzedał jej tylko dwadzieścia sztuk, choćby kupiła je tylko Twoja babcia i rozdała koleżankom z kółka różańcowego, to i tak ogłoś sukces. Twoi fani to idioci przecież i wcale nie zajarzą, że serwujesz im szmirę. Aha, gdyby babcia jednak nie zdecydowała się wykupić całego nakładu, zawsze możesz wrzucić pdf na chomika i narzekać na beznadziejnych piratów. Nie zapominaj jednak, że pisałeś powieść marynistyczną, więc wszystko zostało w klimacie. Ewentualnie ratuj gniota rebrandingiem i anglojęzycznym tytułem.

I pamiętaj, niezależnie od tego, co się dzieje w blogosferze i  tak byłeś pierwszy. I wszystko wymyśliłeś sam. Avocado też.

I byłeś pierwszy.

 

Bankrutem być

Budzę się rano i patrzę na telefon. Widzę datę i robi mi się gorąco i zimno jednocześnie. Trzy lata temu zaczęły się zmiany, los popchnął mnie w drogę, z której nie mogłam zawrócić w żaden sposób.

Nie pamiętam jak ubrany był listonosz, który przyniósł mi pierwsze pismo od komornika. Oj tam, takie zdawkowe pisemko, naprawdę drobnostka przecież, informacja o egzekucji, wezwanie do wyjawienia majątku i najlepiej to zapłać wszystko wczoraj. Pamiętam natomiast jak nerwowo zaglądałam na konto i dzwoniłam do klientów, a to po złości, a to w desperacji, tłumacząc i prosząc o regulowanie zaległych należności, bo przecież mogłam zapłacić dopiero, kiedy klient mi zapłaci, a klient mógł mi zapłacić dopiero wtedy, kiedy jego klient mu zapłaci i tak przez cały czas prowadzenia firmy. Rak toczący polskie mikrobiznesy: zatory płatnicze.

A potem ten dziwny strach, że stracę klienta, że pójdzie do konkurencji i sprzedaż niemal po kosztach, byle tylko była. Na samo wspomnienie tych rozmów, próśb, gróźb czy tłumaczeń robi mi się niedobrze z obrzydzenia. Ci wszyscy petenci, którzy jeszcze dobrze nie weszli do biura, a już komunikowali potrzebę ceny najniższej nie tylko w okolicy, ale w całym internecie, bo wiecie, pójdę do konkurencji, u nich taniej, zamówię u chińczyka, oni mają wszystko, z dostawą wyjdzie mniej niż u was. No tak, bo ja przecież mogłam opłacać swoje rachunki workiem kartofli i szerokim uśmiechem…

Powoli zaczęło się wyprzedawanie ruchomości: samochód firmowy, towar po cenie niższej niż cena zakupu, niepotrzebne wyposażenie; krztusiłam się byle zdążyć z vatem, pitem, zusem, srusem. Nie myślałam o tym, by zwalniać pracowników, może nawet chciałam ratować tę firmę, nie wiem. Wiem z kolei, że od siódmego września dwa tysiące czternastego roku wszystko zaczęło się toczyć błyskawicznie.

Pierwszy wpis do księgi wieczystej, potem kolejne. Blokada konta, wszystkich kont, oszczędności. Wypowiedziany pierwszy kredyt, a potem następny. To nie była piękna katastrofa. Nie wiem jak bankrutuje się z klasą, ja zbankrutowałam z brzuchem obolałym ze stresu, butelką whisky i paczką chipsów pod pachą oraz głową w muszli klozetowej niemal każdego poranka. Napadła na mnie depresja i niechęć. Do wszystkiego. Odcięłam znajomych – nawet tych najwierniejszych, odcięłam się od normalności. Nie widziałam rozwiązania. Przeszłam dziesiątki kilometrów po lokalnym parku, ubrana w poplamiony dres i rozciągniętą czapkę, z psem, który na zadbanego wcale nie wyglądał…

Niemoc sparaliżowała rozsądne działania. Czułam się bezsilna i postawiona pod ścianą ze związanymi rękoma. Wierzyciele rozmawiać nie chcieli, bo przecież ileż można znosić obiecywanie poprawy i spłaty zobowiązań? Nie pomogło negocjowanie ugod, plany restrukturyzacji, próby sprzedaży ziemi. Nic się nie udało. W jednym momencie straciłam całą wiarygodność i stałam się gwiazdą wszelkich rejestrów. BIK, BIG, KRD, infor – proszę bardzo. Piekło do żywego, na samą myśl nie chciało mi się wstawać, oddychać, żyć. Bo stałam się nikim, po prostu.

W październiku zeszłego roku moje mieszkanie zostało sprzedane za śmieszne pieniądze. Wraz z całą menażerią wróciłam na stare śmieci. A końcem marca zostałam singielką (jak bardzo nie lubię tego słowa, to sama nie umiem określić). Nie miałam nic. Wciąż nie mam. Tylko ten cholerny aparat fotograficzny i używanego iMaca. Jednak dzięki pomocy odpowiedniego lekarza, dzięki temu, że moja mama pierwszy raz popłakała się na mój widok, dzięki temu, że miałam wsparcie ojca i jego partnerki, z którą nie raz ani dwa rzucałyśmy się sobie do gardeł, dzięki temu, że moje zwierzęta jednak wymagały zaopiekowania…

Powstałam z martwych, bo przecież martwa czułam się przez dwa i pół roku.

Problemy finansowe nauczyły mnie udawać, że jest wszystko w porządku, że jest ciężko, ale nie jest najgorzej. Pocieszanie siebie, innych, że przecież daję radę, że zaraz się wszystko rozwiąże, a ja w magiczny sposób wyjdę na prostą. Wigilie, śniadania wielkanocne, obiady rodzinne – to wszystko musiało jakoś wyglądać. Choć myślę, że wcale nie wyglądało. Myślę, że wszystkim łatwiej było w moim towarzystwie, kiedy nie trzeba było pytać co u mnie i słyszeć odpowiedzi, że źle, że najchętniej bym poszła spać i dajcie wy mi wszyscy święty spokój. Myślę, że wszyscy widzieli ubrania z lumpeksu, pożyczony kilkunastoletni samochód, kilkucentymetrowe odrosty i sińce pod oczami.

Bardzo chciałam, żeby wszystko wyglądało normalnie. I tak bardzo wstydziłam się tego, że nie dałam rady. Że zawiodłam, że gdzieś po drodze zwątpiłam, że nie ogarnęłam. Klapa po całości. I spojrzenia znanych mi mniej lub bardziej ludzi, którzy najchętniej weszliby w moje sprawy w ubłoconych trepach, ale jednak im trochę nie wypadło, więc musieli trzymać język za zębami i udawać, że przecież o niczym nie wiedzą, że nie ma plotek, a u mnie wszystko gra. Aż dziwię się, że ci ludzie nie poodgryzali sobie języków, że nie eksplodowały im głowy od tego powstrzymywania się. Dobra robota. Naprawdę.

Szkoda, że nikt nie zapytał czy nie potrzebuję pomocy, czy może nie mam ochoty pogadać, a może wyszłabym na piwo albo do kina? Nie no, w sumie to po co, jeszcze musieliby za mnie zapłacić. Dzięki, że daliście sobie i mnie spokój.

Minęły trzy lata, a ja jestem kimś zupełnie innym. Tysiąc dziewięćdziesiąt sześć dni, które sprawiły, że jestem kimś, z kim zaczynam się dogadywać i nawet siebie lubić. Powoli staję się wdzięczna, że los tak bardzo mnie styrał. Wciąż uważam, że mógł dokopać mi mocniej, więc powinnam się cieszyć, że zaczynam prostować swoje sprawy. Że zyskałam inną świadomość, nowy stosunek do rzeczywistości. Zaczęłam szanować siebie i swoje zdrowie. I mam sporo do napisania o tym ile wart jest milion.

Nowy dziale tematyczny, witaj! Mam nadzieję, że wniesiesz coś w życia ludzi, którzy tu trafią…

Dzień świstaka 2.0

Oczy mi się kleją, a w nadgarstkach mam lekkie zakwasy. Nie wiem czy jest piątek, a może to już niedziela, czy skończył się lipiec, ile zostało do jesieni? Pourywane wiadomości, zarwane noce, poszarpany rozkład dnia. Wszystko nabrało rozpędu, a ja usiłuję nie zwariować.

Budzę się wieczorem i znów siadam do wysłużonego laptopa, który nie ma już alt ani numlocka, z wytartymi spacją i touchpadem. To on pośredniczy między pomysłem, a jego urzeczywistnieniem, jest powiernikiem wszystkiego, co obecnie planuję. Książka, studio fotograficzne, portal – wszystko nabrało rozpędu, modlę się tylko, by nic nie wypadło z torów i nie skończyło się katastrofą. Żeby teraz było inaczej niż zawsze.

Uczę się panować nad czasem, kształcę się, uczęszczam na szkolenia. Piszę, fotografuję, wymyślam. Tworzę biznesplany, rozkłady, mapy myśli. Poznaję ludzi, kobiety – wspaniałe i mądre, nastawione na działania i zmianę. Łączy nas cel, choć ścieżki do niego mamy różne. Mobilizuję się, staram się nie schodzić z wysokich obrotów, ale organizm ma swoje zdanie i padam z wycieńczenia w najmniej spodziewanych momentach. Zdarza się, że nawet na cały dzień.

A potem budzę się w środku nocy i jak gdyby nigdy nic wracam do swoich zajęć. Jest głucho i cicho tak bardzo, że słyszę jak Gaweł sapnie czasem na korytarzu, jak kot zarzuci ogonem. Ta cisza daje mi spokój, oglądanie letnich wschodów słońca nad lipą za oknem sprawia mi dziwną przyjemność, a kiedy zasypiam na kilka godzin o siódmej rano wiem, że coś drgnęło, coś posunęłam naprzód.

Czasem jednak nachodzą mnie smutek i zwątpienie. Nie wiem czy to przez zmęczenie, czy jeszcze nie odcierpiałam tego, co do odcierpienia miałam. Wali mnie przeszłość w sam żołądek, paraliż rozchodzi się na mostek, zalewam się płaczem. Zostałam z niczym, nie mam wychuchanego mieszkania, samochodu w kolorze czarnej perły, nie stać mnie na marnotrawienie pieniędzy w luksusowych drogeriach. I ciągle czuję się pokrzywdzona, bo to on wyniósł z naszego związku więcej niż ja, to on wskoczył do swojej rzeczywistości, którą sobie asekuracyjnie zasaveował kilka lat temu. Jest do przodu o jedną firmę i ileś tam tysięcy złotych. Przyciskam poduszkę do ust, przełykam ślinę. Za ścianą buczy telewizor ojca.

I znów budzę się po kilku godzinach, jest koło południa, bo ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie, tyle że śniadanie jem na obiad, a obiad na kolację, kolacji nie jem wcale. Z tego wszystkiego zapomniałam o jedzeniu, o zestawach naprawczych na smutne wieczory. Nie potrzebuję coli, chipsów, kwaśnych żelków, napędza mnie dziwny amok. Udaję, że nie czuję luźniejszych spodni, nie zauważam lekko za dużych staników. Robić, robić, robić. Pracować, pracować, pracować.

Matka pyta mnie jak mam zamiar zarabiać pieniądze, za co chcę żyć. Odpowiadam, że będę pisarką, która robi zdjęcia i ma swój portal, a ona zanosi się śmiechem. Szczerym i nieopanowanym. Mówi mi tylko oj dziecko, dziecko, kiedy zmądrzejesz… A ja już słyszę w głowie ten slogan, który wygłasza od lat, że ludzie to mają dzieci alkoholików, morderców, bandytów, złodziei, a ona ma mnie. I też mnie akceptuje. Kochana mama, myślę. I znów brzęczy mi za uchem za co ją bóg pokarał takim dzieckiem. No za co? Bo ja sama nie wiem, złota kobieta przecież to jest.

Nie będzie zawrotnej kariery prawniczej, nie będzie chwalenia, że ja to prawa ręka tego mecenasa, co to najdroższy w dużym mieście wojewódzkim. Trzeba, Matko, przełknąć pigułkę z rozczarowania, że marnuję potencjał, że zmarnowałam szansę i życie, że wszystko nie takie jak chciałaś. Ale pierwszy raz takie, że czuję się ze sobą normalnie. A wręcz zaprzyjaźniona.

Ubieram się ładnie (jak na tę wagę), codziennie mam umyte włosy i wypielęgnowaną cerę, wieczorami – jeśli nie padnę ze zmęczenia – szczotkuję ciało i smaruję je balsamem. Zaczęłam nawet ćwiczyć, choć kondycję mam póki co w planach. Jestem dla siebie milsza, łagodniejsza i w ogóle jakaś inna. Pierwszy raz w życiu zakochałam się w samotności, jest mi z nią bardzo do twarzy.

Tylko potem znów oczy mi się kleją, a w nadgarstkach mam lekkie zakwasy. Nie wiem czy jest piątek, a może to już niedziela, czy skończył się lipiec, ile zostało do jesieni? Pourywane wiadomości, zarwane noce, poszarpany rozkład dnia. Wszystko nabrało rozpędu, a ja usiłuję nie zwariować…

I bardzo staram się nie wywalić czarnego ekspresu do kawy z szóstego piętra. Przecież on mi w niczym nie zawinił…

Droga do wolności

Minął kwartał, a ja nawet nie zauważyłam kiedy. Nie przytyłam, nie schudłam, włosy mi świecą platyną, obsypało mnie piegami i wciąż nienawidzę się opalać. Zaplanowałam wyprawę marzeń, wywiad dekady, wakacje życia. Zaplanowałam milion w rok, więc czytam dużo i na temat, choć właśnie zdałam sobie sprawę ile pracy mnie czeka. Życie niewidzialną ręką popycha mnie naprzód, czasem nie w moim tempie, dlatego zdarzy się, że i glebę zaliczę, a nie tylko, że same wzloty i wspaniałości. Zęby mam jednak w komplecie, więc może jednak daję radę, choć czasem się boję. Ale już coraz mniej.

 

Niezależność.

 

Długo myślałam o sobie w fałszywy sposób. Myślałam jak o samowystarczalnej młodej kobiecie. Takiej, która może ma skomplikowaną naturę i charakter równie trudny, ale jednak jak o takiej, która może wszystko sama, robi sama i w ogóle sama, sama, sama. W rzeczywistości nie potrafiłam wziąć odpowiedzialności za cokolwiek, a kiedy pojawiały się problemy kuliłam się w sobie i wolałam chować. Najlepiej za kogoś. W związkach rozbijałam się emocjonalnie, byle tylko ktoś zdjął ze mnie podejmowanie decyzji, byle tylko mieć spokój od ludzi i świata. Cóż, egzystowałam, udając dorosłość, markując powagę i siłę. Tymczasem życie postawiło mnie przed faktem, dokonanym na dodatek, i przyszło mi zmierzyć się z nim takim, jakie jest naprawdę. Realia okazały się wymagające, a ja wcale nie taka słaba.

 

Co mogłabym poradzić sobie sprzed kilku lat? Bądź niezależna i wolna. Ale jak to zrobić? Długo nie widziałam, jednak ostatnio wypracowałam sobie kilka sposobów, by ta niezależność przyszła w miarę bezboleśnie i w żaden sposób nie odbiła się na ludziach, wśród których żyję.Zaczęłam myśleć o sobie – to było podstawą. Przestałam warunkować swoje decyzje czyimiś oczekiwaniami lub małomiasteczkowymi przekonaniami, że ludzie będą o mnie źle mówić lub że moje potrzeby nie są społecznie odpowiednie. Zaakceptowałam fakt, że moje życie nie musi być ani lekkie, ani przyjemne, ani nie muszę mieć milionów na koncie. Pogodziłam się z faktem, że jestem jednym z prawie siedmiu miliardów trybików, że wcale nie muszę być tym najlepszym i najważniejszym. Odważyłam się głośno i wyraźnie powiedzieć dość i to przyniosło pierwszą ulgę, a zwykła rzemieślnicza pokora przy pracy nad sobą bardzo dobrze mi robi.

 

Uwierzyłam w siebie, bo jeśli nie ja, to kto? Nie mam na myśli popadania w chorobliwy samozachwyt czy pusty egoizm. Daleko mi też do narcyzmu. Mam natomiast na myśli zdrową relację z samym sobą, która pomaga mi wyciągać w każdej sytuacji z siebie to, co mam najlepsze, ignorując w odpowiednim momencie moje niedostatki. Nikt z nas nie jest nie jest idealny, nikt nie potrafi wszystkiego, dlaczego zatem miałabym mieć do siebie pretensje, że nie jestem chodzącym ideałem? Odpuściłam sobie. Po prostu. Cudowne uczucie.

 

Zaakceptowałam rzeczywistość taką, jaka jest. Skomplikowana sytuacja finansowa, ciągnąca się przez ostatnie trzy lata wyssała ze mnie resztki optymizmu i chęci do działania. Uważałam, że niczego już nie mogę zrobić, a moje życie właśnie się skończyło. Szukałam rozwiązań poza sobą, szukałam pomocy u wróżek i szamanów, bo przecież ja nic nie mogłam zrobić. Bzdura. Kiedy uświadomiłam sobie moje położenie, zaczęłam szukać rozwiązań i sposobów na wyjście z problemu. To bardzo dużo, choć może jest już po czasie, a wszystko się rozsypało. Zobaczymy.

 

Zaczęłam spędzać czas sama ze sobą. Dotychczas uważałam, że by była dobra zabawa trzeba czas spędzać w grupie lub choć z drugą osobą. Obecnie nie przywiązuję uwagi do tego czy robię coś sama, czy z kimś. Po prostu robię to, na co mam ochotę i cieszę się swoim towarzystwem. Czasem sobie nawet ze sobą pogadam, kiedy nikt nie patrzy.

 

Przyznałam się przed sobą do wszystkich złych decyzji, błędów, słabości i wszystkiego, co mogło mi szkodzić. Pozwoliłam sobie realnie spojrzeć mój stan, zaakceptowałam go i nie poddałam żadnej ocenie. Pogodziłam się z tym, że depresja jest częścią mojego życia i nie jestem człowiekiem, który z tego powodu powinien przestać żyć tak, jak chce. Wręcz przeciwnie, stanęłam mocniej na ziemi, zaczęłam mierzyć swoje siły na zamiary, oceniać swoje szanse.

 

Oraz najważniejsze: zaczęłam robić to, co lubię i zamierzam dzięki temu zrealizować swoje wyzwanie milion w rok. Ahoj!

 

Powoli zaczynam wiązać koniec z końcem, spisuję swoje wszystkie pomysły, rozważam, który jest wart uwagi, co wciągnąć do planu. Przygotowuję się do dużych zmian, nabieram odwagi. Pracuję nad nową szatą graficzną dla życia 2.0, która też będzie takim mini początkiem. Robię listę tematów i spraw, o których tu będzie. Uczę się wszystkiego, by móc zbudować stronę z portfolio i ofertą fotograficzną. Idzie mi mozolnie, ale w końcu się nie poddaję, prę przed siebie. Jeden krok naprzód jest lepszy od żadnego, prawda?

 

A kiedy w nocy napada mnie przerażenie, że sobie nie poradzę, że jak to tak bez wsparcia, bez skrzydłowego, to sobie myślę: jakoś to będzie, Ośle.

 

 

Pantaleon właśnie gryzie mnie w  lewą stopę…