Tabula (nie) rasa

Siedzę nad wynikami badań i nie wiem. Śmiać się, płakać? Większość danych krzyczy lekarza! lekarza, natychmiast!  Kiedy zatem usiłuję ustalić termin wizyty, zawieszam się i nie słyszę co mówi do mnie recepcjonistka.

Nachodzą mnie jakieś wstrętne retrospekcje i chce mi się wrzeszczeć, płakać, tłuc pięściami w ścianę. Zmęczona jestem. Sobą przede wszystkim. Choć bardzo chcę, to ciężko mi się ze sobą dogadać. Nie godzę się na emocje, które przychodzą mimo woli, bo nie są takie, jakich się spodziewam. Usiłuję je zagłuszać, ale popadam w złość na zmianę z histerią, nigdy w szczerość.

Przyznać się do porażki? Pogodzić z przeszłością? Nie udowadniać teraz wszystkim, że było inaczej niż było? Odpuścić? Powinnam. I czasem mi się to nawet jakoś wyrwie, tak na chwilę i tak między słowami; najczęściej jednak dryfuję gdzieś w okolicy udawanego świętego spokoju i pozorności ulgi. Czy przyznając się do błędu, można zmusić kogoś, by uczynił to samo? By przyznał, że też coś spieprzył, że mógł inaczej, tak, jak i ja mogłam? I też przecież spieprzyłam? Przepraszam.

Średnio radzę sobie z sytuacją, bo ostatnia dekada wyglądała zgoła odmiennie niż moje obecne życie. Nie wiem czy lepiej, po prostu inaczej. Kiepska stabilizacja lepsza jest przecież od żadnej, a przede mną teraz wyboista droga, na której może spotkać mnie wszystko. Wcześniej było po prostu bezpiecznie, choć było źle.

Złoszczę się, bo przecież szło już tak dobrze. Bo przecież książki i książeczki się piszą, a bloguś o życiu 2.0 notuje odsłony z trzema zerami. Bo przecież skrupulatnie uczę się fotografii, zaczynam rozumieć i widzieć w obrazach znacznie więcej niż jeszcze kilka miesięcy temu. I wpadło mi kilka zleceń za naprawdę dobre pieniądze. Mam nawet stałego adoratora, który czekał niemal trzy lata na moment, w którym znów będę sama. No to przecież powinno być spokojniej, tak?

A nie jest. Bycie kobietą trzydzieści plus, samotną i zaczynającą od zera do prostych wcale nie należy, to jedynie brzmi heroicznie – taka prawda. Wyprzedzają mnie odważniejsi, lepiej zorganizowani i bardziej znani, bo siedzący w tym biznesie od dawna. Wyprzedzają mnie koleżanki, mające dzieci, mężów, rodziny i tę cholerną stabilizację. Wyprzedzają mnie dziewczyny młodsze ode mnie i zapewne bardziej atrakcyjne, z ciałami nie dotkniętymi prozą życia i takie, które jeszcze nie są pokiereszowane doświadczeniem, więc i cynizmu w nich mniej, a ufności więcej.

Jednak nie chcę już działać po łebkach, zadowalać się byle czym. Wyznaczyłam sobie przecież cel, więc dlaczego miałabym chcieć półśrodek? Powoli odpuszczam sprawy poboczne, odciągacze uwagi. Odpuszczam sobie mężczyzn, którzy mnie tak naprawdę nie interesują. Poczekam. Może moje książki będą poczytne, moje zdjęcia ozdobią okładki, a człowiek, który już mnie sobą zainteresował w stopniu wyższym niż trochę, kiedyś zauważy, że istnieję. Byle nie zawracać, byle przeć przed siebie. Nie mam się już za kogo schować. Nie mam się już czym zasłonić.

Dzisiaj także udałam się na pocztę. Kilka lat podsumowane workiem wypchanym ubraniami i pudłem z ekspresem do kawy. Rozdział zamknięty. Na dobre.

Halo, chciałam umówić wizytę… – mówię w końcu, kiedy zirytowana pani po drugiej stronie słuchawki przywołuje mnie do rzeczywistości.

Śnieg już leży na polach.

 

Podobne wpisy