Sylwester 2.0

2016 rok dobiega końca. Czuję się, jakbym przez ostatnie trzysta sześćdziesiąt pięć dni spadała z urwiska i zatrzymała się dopiero teraz. Poobijana, wymęczona, jednak żyję. To duży plus mojej sytuacji. Zastanawiałam się czy i jak podsumować ten rok, ale wyszło mi na to, że takie rozliczenia powinnam zacząć kilka(naście) lat wstecz, a nie teraz, kiedy postanowiłam, że zmieniam i działam. Nie odwrócę historii, które się wydarzyły. Nie podejmę już innych decyzji. Wszystko, co wydarzyło się pomiędzy 2001 a 2016 rokiem, było owocem zatrutego drzewa. Jedna źle podjęta decyzja, jedno schowanie głowy w piasek za dużo i oto jestem. Bankrutką, której najlepszym przyjacielem jest borderline*.

Oczywiście, że żal mi tego czasu, który zmarnowałam. Tych dni, tygodni, miesięcy, a nawet lat spędzonych na rozpamiętywaniu i smutku. Czasem złoszczę się na siebie, że pozwoliłam, by strach sparaliżował zdrowy rozsądek. Analizowałam wszystko, ale jednak nie to, co trzeba. Szukałam winy wszędzie, ale jednak nie tam, gdzie trzeba. Wyrzucałam sobie wszystko, ale jednak nie to, co trzeba. Zatem jaki mają sens podsumowania? Czy nie lepiej po prostu pogodzić się z sytuacją i zrozumieć w jakim punkcie życia jest się na chwilę obecną i co aktualnie można zrobić? Lepiej.

Wbrew pozorom parę spraw się w tym roku rozwiązało. Zlicytowano moje mieszkanie, dzięki czemu mój dług drastycznie zmalał. Miałam też dużo szczęścia i mogłam (w pewnym sensie) zdecydować w czyje ręce ono trafi. Odważyłam się zmierzyć ze sobą, przez co udałam się do psychologa i w końcu dowiedziałam się co mnie męczy. Pierwszy raz w życiu rozpisałam sobie wszystko w punktach i uznałam, że może jednak ta przygoda była mi bardzo potrzebna. Żyłam w nie lada oderwaniu od rzeczywistości, nie czułam na sobie żadnego obowiązku, choć byłam odpowiedzialna za swoich pracowników, za firmę, za jej funkcjonowanie i zobowiązania. Samo posiadanie firmy też przyszło do mnie zbyt łatwo. Miałam zerowe doświadczenie w prowadzeniu jakiegokolwiek biznesu, po prostu wydawało mi się, że mogę. Nie mogłam. I nie powinnam była. Ale czy teraz to ma jakiekolwiek znaczenie?

Wiem już, że nie chcę „tego” w sobie dłużej nosić. Nie mam już więcej sił na pielęgnowanie w sobie porażki, na opuszczanie głowy i odwracanie wzroku, kiedy widzę znajome osoby i wiem, że one wiedzą. Nie chcę dłużej udawać, że nie jest mi wstyd i że wcale nieciężko patrzy mi się w lustro. Chcę przestać nienawidzić siebie. Za wszystko. Mam dość bycia smutną, przygniecioną przez życie, pogarbioną i starzejącą się babą. Złości mnie to, że nie szanuję siebie, swojego ciała, swojej duszy. Że nie przywiązuję uwagi do swojego czasu, do siebie, do własnych potrzeb. Mam nerwy na to, że przestałam być blondynką, choć kocham ten kolor włosów u siebie. Popadam w irytację, kiedy zdaję sobie sprawę jak bardzo się zaniedbałam. Nie, nie dlatego, że przytyłam. Po prostu nie rozmawiałam ze sobą, nie słuchałam swoich potrzeb. W sumie to nawet nie wiem, jakie one były. Bardziej zależało mi na tym, co powiedzą inni. Doprowadziłam to do takiego absurdu, że spędzałam czas na rozmyślaniu o tym, o czym inni myślą, jeśli myślą o mnie (tak na marginesie: przerażająco to próżne). Czy według nich jestem głupia, gruba i brzydka? Nigdy siebie nie zapytałam: czego ci trzeba?

Moje życie nigdy mnie nie cieszyło. Byłam spięta, prowizorycznie nosiłam kij gdzieś tam przy kręgosłupie, jednocześnie udając, że mam mentalność australijskiego surfera. Oczekując, że inni będą widzieli we mnie twardą biznesmenkę, kobietę sukcesu, odmawiałam sobie prawa, by docenić to, kim jestem. Tymczasem byłam tylko właścicielką sklepu – szumnie zwanego hurtownią, w miejscowości, o której nikt nie słyszał. No chyba, że akurat pokazują tę pipidówkę raz na dwa lata w jakiejś telewizji, bo akurat odbywa się lokalne teatrum i na prowincję zjeżdżają tuzy różnej maści, z prezydentem włącznie. Albo właśnie zlądowała na liście piętnastu najbardziej rakotwórczych miejscowości w Polsce.

Oraz moja mama. Mamo, kocham Cię, wiesz przecież. Ale moja mama była moim największym wyrzutem sumienia, potężną drzazgą w krwawiącym hemoroidzie, który boli tak, że przestajesz marzyć o Mercedesie klasy S, a zaczynasz śnić o tym, że masz kostkę lodu w tyłku. Matka była kimś, kto nie pozwalał mi zapomnieć, że moje życie miało wyglądać inaczej, że ja miałam wyglądać inaczej oraz być kimś innym. Nie jest łatwo zaczynać dzień od zestawu a bo nie dbasz o siebie, nie odchudzasz się; bo wiesz, że powinnaś się odchudzać; w rodzinie ojca wszyscy grubi, skończysz jak babka. A potem dokładka z ale kiedy skończysz studia? kiedyś skończysz, prawda, planujesz to? Matka mojego ojca przykuła się do wózka inwalidzkiego, oglądając świat przez pięć mytych dwa razy do roku okien. Ja z kolei nie skończyłam studiów. W sumie to jeszcze w ogóle nie skończyłam. Niczego. Nigdy. Amen.

Nie robiłam żadnych planów oprócz jednego: schudnę. W 2010 roku siedem kilogramów. W 2012 dziesięć. W 2014 piętnaście. W 2016 dwadzieścia pięć. Nie byłam szczególnie obowiązkowa i słowna, wydawałam kasę na kolejnych dietetyków, ubrania do ćwiczeń, karnety na jogę, basen, siłownię. Tymczasem wciąż nie jestem w stanie przejechać pięciu kilometrów na nartach, bo moje nogi płoną. Sumienność nie dla idiotów.

Komornik, urzędy skarbowe i ubezpieczeń społecznych, prawnicy, negocjacje, wierzyciele, przedawnienie, nakaz zapłaty, odwołania, ugoda, niepodpisana ugoda, księgi wieczyste, hipoteka przymusowa, wpis, ostrzeżenie, dzwoniący telefon i telefon, który podejrzanie milczy – wokół tego kręci się moje życie od trzech lat. To wszystko wywoływało we mnie panikę, histerię, przerażenie Przez to budziłam się w środku nocy, zlana zimnym potem, płacząca. Nie zasypiałam do rana, bo tętent myśli nie pozwalał, moje serce łomotało tak, że oddech przynosił ból. Zamiast szukać rozwiązania, szukałam ucieczki. Wyrzucałam nieprzeczytaną korespondencję, kasowałam maile, wyłączałam telefon, udawałam, że nie istnieję. Mądre to nie było. Ani dorosłe.

Pogodzenie przynosi ulgę. Odpuszczenie przynosi spokój. Pogodziłam się ze sobą i sytuacją. Odpuściłam szarpanie się z wierzycielami i komornikiem. Sprawy dokonały się, a ja nie mam już na nie wpływu. Poniosłam stratę finansową i w końcu przeanalizowałam ją. To obecnie część mojego życia i to ona będzie osią mojego działania. Pierwszy raz zostałam postawiona przed koniecznością sporządzenia planu i podjęcia decyzji – takich dorosłych i których konsekwencji jestem zupełnie świadoma. Poprosiłam o planer na urodziny. Jest ładny, zielony, puszcza do mnie oko, ale jeszcze nie wiem jak go uzupełnić. Kalendarze zawsze służyły mi w niewłaściwy sposób, więc obsługi i konsekwencji w tym, co zapisano, będę dopiero się uczyć.

Zatem czynienie podsumowań w moim przypadku chyba mija się z celem. Nie chcę niczego po raz kolejny analizować i zastanawiać się co by było gdyby. Wówczas, kiedy wszystko się działo, widocznie nie mogłam postępować inaczej. Taka byłam. Dzisiaj chyba, mam nadzieję, jestem kimś innym. I dowiedziałam się o sobie bardzo dużo.

Jestem tabula rasa na minusie, gotowa na to, by napisać ciekawy kawałek życia. A jeśli, Czytelniku, trafiłeś tu w jakiś magiczny sposób, to wiedz, że na przyszłość życzę Ci miękkiego lądowania, bo spadanie z urwiska fajne nie jest.

***

*nie, to nie ten super inteligentny pies od sztuczek.

 

Podobne wpisy