BLOG, CODZIENNOŚĆ

Nekrolog. Epilog. Prolog. Być może…

… czyli kilka słów o tym, że w sumie to mi się odwidziało. A przysięgam, że próbowałam, chciałam, podchodziłam do tego wiele razy, chcąc przekonać się, że jednak warto, że ma to jakiś cel, że jakiś sens, logika, cokolwiek, co mogłoby mnie zatrzymać przy tym, co zaczęłam zimą 2016 roku.

Nie udało się. Nie umiałam samej siebie przekonać do tego, że social media są mi do czegoś potrzebne, do czegoś innego niż zwrócenie uwagi na siebie, na mój blog, na moją historię. Na przygwiazdorzenie tu i ówdzie, dopisanie nieistniejących wątków, koloryzację rzeczywistości najpierw na różowe pastele, a potem brudne beże, bo taki akurat mieliśmy branżowy klimat. Nie dla mnie opowiadanie z czym przyszłam do Was dzisiaj i jaki sekret prodżekt właśnie będę realizować. Choć wydawało mi się, że jest zupełnie inaczej. Uważałam, że ja też mogłabym, że mogłabym sprzedawać te resztki, które mi zostały, że mogłabym fake it till I would make it, ale jednak prawda jest taka, że no jednak właśnie NIE.


Nie postawiłam sobie ani ewentualnym czytelnikom żadnych granic. Zapomniałam, że za historią życia 2.0 stoi prawdziwy człowiek: JA. Brałam na siebie dziesiątki opowieści, które do mnie spływały różnymi kanałami, przy okazji drenując się emocjonalnie; spędzałam ciężkie godziny na czytaniu i odpowiadaniu na wiadomości od osób, które przeżyły podobne historie, połamane przez życie nie wiedziały co dalej, oczekiwały pomocy, rady, wsparcia. Ludzie docierali do mnie nie tylko przez mail, blog, komentarze, fanpage czy konto na instagramie, wiele osób bezceremonialnie zapraszało mnie do znajomych i wysłało ponaglające wiadomości, że dlaczego jeszcze nie odpowiedziałam, że dlaczego jeszcze nie pomogłam?! Byłam wyczerpana, bo wbrew pozorom sama ciągnęłam na oparach energii. W końcu zaczęłam udawać, że mnie to nie rusza, że tego nie widzę, że sama chciałam to mam. I sukcesywnie traciłam chęci do pisania, do tego całego internetowego bagienka utkanego ze złudzeń i dopracowanych kreacji. Bo ileż można? 

Tak, pragnęłam pisać, kochałam blogować, robiłam to całymi latami, mój pierwszy blog założyłam w 2003 roku (i był on zdecydowanie bardziej popularny niż życie 2.0). Wszystkie moje avatary przechodziły ewolucję tylko po to, by w końcu zniknąć. Po cichu klikałam USUŃ i bez żadnych zobowiązań wracałam do życia offline. Z życiem 2.0 tak zrobić nie mogę. Podpisałam się pod nim imieniem i nazwiskiem, to moja historia, bardzo osobisty kawałek mnie. I już nie jest mi tak łatwo przenieść się w internetowy niebyt. Niezależnie od mojej (nie)aktywności to miejsce odwiedza – jedynie dzięki google i wyszukiwaniu organicznemu – około tysiąca osób miesięcznie i spędza tu średnio kilka minut, przeglądając co najmniej trzy wpisy. W skali roku daje to społeczność w rozmiarze małego miasta powiatowego. Cieszy mnie to i przeraża jednocześnie.

Jednak dotarło do mnie bardzo dobitnie, że nie potrzebuję rozhulanych fanpejdży ani spójnych feedów, żeby ktoś tu do mnie zajrzał, przysiadł na moment i wrócił, by sprawdzić czy pojawiła się nowa treść. I takie blogowanie bardzo mi odpowiada, za takim blogowaniem bardzo tęsknię. Bez bycia komiwojażerem, bez pajacowania, bez tracenia siebie, bo w życiu napajacowałam się już wystarczająco, a straciłam jeszcze więcej. 

Upadki bywają ekspresowe, a życia mogą łamać się w sekundę. Podnoszenie się po porażkach wbrew pozorom tak szybkie nie jest, choć bardzo chciałam wierzyć, że możliwe. Nie zapanowałam nad aspektem emocjonalnym, pominęłam wiele podstawowych kwestii formalnych, odrzuciłam możliwość, że coś mogłoby pójść nie tak. Cóż, poszło wszystko. A rok 2019  był jedynie wisienką na torcie, anegdotką pod tytułem “myślisz, że coś się klei? no to, kurwa, patrz…”

Ostatnie pięć lat nauczyło mnie nie tylko pokory, ale i tego, by stawiać granice i mówić głośno nie. I właśnie z tego prawa veta zamierzam skorzystać: nie będzie więcej życia 2.0 na facebooku, nie będzie sztucznego podtrzymywania zainteresowania ani pisania na siłę. Może już nigdy nie wrócę do pisania, a może zacznę pisać regularnie. Nie wiem. Ale do tego, co było i jak było nie ma powrotu.

Dlatego dziękuję Wam, moi Czytelnicy, za te trzy lata, za to, że część z Was towarzyszyła mi w drodze, którą wcale nie było mi łatwo iść. Mam nadzieję, że u Was wszystko dobrze. I podczas kiedy inni liczą swoje zasięgi w setkach tysięcy, ja wciąż myślę: wow, tysiąc osób! TYSIĄC. Jakość ponad ilością. Dziękuję.

Życzę Wam najlepszego w 2020. I do przeczytania. Kiedyś. Może. Nie wiem.

K.