Matka, mama, mamusia

Ona po prostu jest. W pierwszych wspomnieniach, tych czasem jeszcze niemowlęcych. Kiedy siadasz po raz pierwszy, kiedy stawiasz swoje pierwsze i jakże nieporadne kroki. Kiedy wypowiadasz swoje pierwsze słowo, to zapewne po to, żeby też zwrócić się właśnie do niej…

MATKA

To ona pierwszy raz szarpie za włosy, bo przecież jeszcze nie ma doświadczenia, a ktoś uczesać cię musi. To ona niechcący leje ci szampon do oczu, który mimo wszystko szczypie jak diabli. To ona złości się, kiedy nie pozwalasz sobie obciąć paznokci. I to ona sprząta te wszystkie plamy po kredkach, farbkach i wycinankach. Zna też ból nadepnięcia bosą stopą na lego – jak nikt inny.

To ona złości się, że nie umiesz powiedzieć gąska, a ty natomiast nie umiesz zrozumieć co złego jest w słowie “gonska”. Przecież prawie nie ma różnicy, ale dla niej różnica jest zawsze. Diametralna. Podobnie jak pomiędzy 3 i E, których też nie pozwala ci używać zamiennie. Dlaczego? Tego jeszcze nie wiesz, ale na wszelki wypadek uczysz się wyrazy zapamiętywać fotograficznie.

To ona pilnuje tego, żebyś wstała na ósmą do szkoły i przymyka oko, że znów udawałaś ostatnio, że poszłaś spać przed dwudziestą drugą. To ona strzeże tego, żebyś zawsze miała spakowane zeszyty i odrobioną pracę domową. To ona drży o to, jak pójdzie ci matma i czy na pewno wiesz kiedy zawarto pokój w Tylży.

(do dzisiaj pamiętam: siódmego lipca tysiąc osiemset siódmego roku)

A potem złościsz się, że nie pozwala się malować tak, jakbyś chciała i każe ci ściągnąć te obciachowe buty. Ale ona już wie, że w tych ubraniach wyglądasz bardziej jak przerysowana kopia Małgorzaty Ostrowskiej, a nie dorastająca, nastoletnia niezależność. Ona też wie, że to nie było wcale pół małego piwa i że wcale nie paliłaś, to palili znajomi. Ona wie, wie to, o czym ty jeszcze nie masz pojęcia, choć jeszcze nie dorosłaś do tego, by jej uwierzyć. Dlaczego ciągle starasz się udowodnić jej, że masz rację? Nie wiem.

MAMA

A potem zaczynasz własne i prawie dorosłe życie, wyprowadzasz się z domu, idziesz na studia. Widujecie się rzadziej, ale rozmawiacie ze sobą częściej. To ona słucha o tym, że twój chłopak okazał się idiotą. I to ona wzdycha po cichu, tak, żebyś nie widziała, bo też już przecież wie, że nie on pierwszy i nie ostatni. Ma jedynie nadzieję, że ten następny okaże się jednak emocjonalnym niedołęgą w mniejszym stopniu niż poprzedni.

To ona jest dumna, chociaż egzamin zdajesz ledwo na tróję, ale przecież idziesz do przodu i to najważniejsze. To ona trzyma cię za rękę przed obroną pracy magisterskiej. To ona płacze razem z tobą. Tym razem z radości.

I to do niej dzwonisz, kiedy kruche wyrośnie, choć nie powinno. I to właśnie do niej zawozisz satynową sukienkę, którą poplamiłaś na weselu przyjaciółki, bo nie masz pojęcia co z tym zrobić. A ona przecież ma i zawsze wszystko wie. Wie także, że w tym kroju sukni ślubnej wyglądasz najpiękniej na świecie, zresztą dla niej najpiękniej wyglądałabyś w każdej sukni, na każdym balu…

To do niej uciekasz po wielkiej awanturze z mężem i to ona robi ci herbatę, kiedy nie możesz zasnąć, bo właśnie się okazało, że w waszym małżeństwie jest przynajmniej o jedną osobę za dużo. To ona zajmuje się twoimi dziećmi, kiedy ty nie masz na kogo liczyć i to ona czasem pożyczy ci stówę albo dwie do pierwszego.

MAMUSIA

A teraz nagle jesteś sama w tym wieku, że już wiesz, że życie lekkie nie jest, że czasem z rzeczywistością trzeba się szarpać bardziej, niż byś sobie tego życzyła, że kredyt na dom, że awaria pralki, że klient cię wkurwił, że dzieci trzeba odwieźć na zajęcia po szkole, że mąż znów zapomniał o zakupach.

Piętrzy się pranie, zmywarkę trzeba pakować przynajmniej dwa razy dziennie, obiad znów będzie godzinę albo dwie później, bo trzeba było zrobić nadgodziny. Czasem zwyczajnie nie wyrabiasz, masz dość, krew cię zalewa, bo też chciałabyś mieć chwilę tylko dla siebie, na cokolwiek, nie wspominając o jakimś dawno zapomnianym hobby.

I kiedy w furii zbierasz porozrzucane po domu ubrania, kiedy wstawiasz naczynia do zlewu, kiedy znów jako jedyna musisz wstać o piątej, bo pies koniecznie chce wyjść na spacer i nie obchodzi go to, że pada albo jest minus pięć, bo ktoś musi, a przecież tyle było zapewnień, że dzieci będą to robić same… kiedy zdajesz sobie sprawę, że już niedziela wieczór, a ty jeszcze nie miałaś czasu odpocząć przez weekend…

Wtedy nagle dociera do ciebie, że przecież ona zawsze jakoś dawała radę. Gotowała, sprzątała, prała. Odbierała po szkole i zawoziła na rytmikę. To ona czekała na twoje spóźnione powroty do domu – najpierw, żeby sprawdzić czyś cała, a potem by solennie przypomnieć czym jest zegarek i jak się z niego korzysta. A ty, chociaż nigdy tej obecności głośno nie doceniałaś, ona nie narzekała. Po prostu była.

I ty też bądź… I zadzwoń do mamy!

Podobne wpisy