BLOG, CODZIENNOŚĆ

Lubię sobie odejść czasem…

Chyba wszyscy to znacie, ten moment, kiedy w filmie albo serialu urywa się jakiś wątek, po czym spotykamy bohatera jakiś czas po, kiedy jest już zupełnie innym człowiekiem z zupełnie nowym życiem. Wszyscy też znacie ten moment, kiedy w filmie albo serialu bohater najpierw załamuje się, potem przełamuje się, a potem zaczyna zmiany, w tle leci muzyka i w kilkadziesiąt sekund taadaaam: oto i on, bohater nasz jak nowy, odmieniony, poskładany i zapomniał wół jak cielęciem był…

Marzyła mi się osobista rezurekcja, w której przechodzę katharsis i wracam jako ktoś zupełnie nowy, inny, odchudzony. Ale ja, proszę ja Was, to się chyba nie zorientowałam, że to właśnie już. Że właśnie teraz łamię się, załamuję, przełamuję, składam i zmieniam. Bez fanfar, bez najmniejszego duchowego uniesienia. Nie było spektakularnego wow. Nie słyszałam też rytmicznej muzyki, no chyba, że za takową uznamy Korteza – idola nastolatek z depresją.

Co zatem było, Karolino?

Desperacja była, dorgi blogusiu. Rozdarte serce i życie rozbite na tysiące puzzli, z których żaden do siebie nie pasował. Dziergałam tę swoją codzienność z planów na szybki milion, z nadziei i depresji, z kwot, które nie starczały nawet do piątego, z ciągłych upadków i wstawania z kolan, bez końca i większego sensu. Bankructwo ma to do siebie, że wchodzi się pod przymusem w bardzo poważny i bardzo zobowiązujący związek z komornikiem. I on jest gorszy od najgorszej żony na świecie, jest gorszy od Ksantypy i Izabeli Łęckiej, i podli bardziej niż Czarna Mamba Justynę Żyłę w Tańcu z gwiazdami.

Czy mogłam żyć godnie za mniej niż kilkaset złotych miesięcznie? Czy chciałam sprzedawać wizję pierwszego miliona zarobionego w trzy miesiące? Przecież wszyscy tak robią, fake it till you make it, porzygaj się brokatem, załóż tęczowe ciuchy i sponsorowany uśmiech… Ja tak nie potrafiłam, chociaż wiem, że historia tego bankructwa i to, co wydarzyło się potem to gotowy produkt, który można dobrze sprzedać. Wiem, bo powiedziało mi to wiele agencji PR, które odezwały się do mnie po publikacjach u Joasi Pachli i Joasi Glogazy.

Przecież tego chciałam – udowodnić wszystkim, że się da, że można, że trzeba chcieć, wystarczy po prostu zrobić. Ale trzeba by się było przy okazji sprzedać za odpowiednio niską stawkę, trochę bym też musiała się obtargać z resztek godności, które mi jeszcze po tej historii zostały i były mi wówczas na wagę złota.

Po tych dwóch wpisach na blogach znacznie większych niż mój, moje statystyki poszybowały, moją skrzynkę blogową zasypały wiadomości, posypały się zaproszenia do znajomych na prywatnym profilu. Od kogo? Nie wiem, ale czytając kolejną wiadomość, która zaczynała się od “jak widzisz, jestem dobra w znajdowaniu ludzi…”, serce podchodziło mi do gardła i zbierało mi się na wymioty, zwłaszcza, że jakoś nie ukrywałam się szczególnie mocno. Nie tak to sobie wyobraziłam, ten nagły przypływ popularności nie był ani przyjemny, ani schlebiający. Choć hejtu, którego obawiałam się tak bardzo, nie było wcale. Dziwne, co?

Było też to jedno, jedyne spotkanie, z człowiekiem, którego nigdy potem już nie zobaczyłam, ale które tak bardzo wpłynęło na moje decyzje. Człowiek, którego historia była bliźniaczo podobna do mojej, a który po prostu zaczął od nowa na lodowej wyspie, zainspirował mnie na tyle, że postanowiłam sprzedać cały sprzęt fotograficzny, kupić bilet i też wyjechać. Chciałam spokoju, chciałam stabilizacji, chciałam zmian, bo mogłam zrobić to albo udusić się rzeczywistością, w której przyszło mi egzystować, bo życiem pełną piersią tego raczej nazwać nie mogłam.

Nie wiem czy przemyślałam ten wyjazd dokładnie, czy policzyłam plusy, wytypowałam minusy, czy spodziewałam się tego smutku i tęsknoty za momi zwierzętami, za moim ukochanym The Fluffy Trio, za tym, że wiosna tego roku w Polsce będzie tak wcześnie, a tu, w tym samym czasie za oknem śnieg albo sztorm… Po prostu spakowałam sie do dwóch walizek o łącznej wadze 42 kilogramów i wyjechałam, niemal z tygodnia na tydzień. Bez planu, bez zagwarantowanej pracy, nie byłam nawet pewna czy adres, pod który miałam się wprowadzić istniał naprawdę. W kieszeni miałam tylko bilet w jedną stronę oraz 463 euro.

No cóż, jak widać żyję, mam się w sumie to nieźle, choć lubię sobie odejść czasem… ale jeszcze bardziej lubię powroty.


Życie 2.0 2.0 welcome to.