I. Jak być prawdziwym blogerem

Pamiętam tamte czasy, tamte straszne czasy przed rokiem 2000, kiedy to nie posiadałam komputera, a na internet chodziło się grupowo do kolegi.  Pierwszy modem i dźwięk, który wydawał, i magiczny numer 0202122. Dzisiaj losy tego świata wydają się sztywno ustalone na najbliższe dekady, jak nie stulecia – internety są wszędzie, mają już swój dowód osobisty i wychowały przynajmniej jedno dorosłe pokolenie. To moje.

Pamiętam te okropne czasy czatów w kafejce u Louisa, dyskietki, na których mieściło się tylko kilka zdjęć w okropnej rozdzielczości, które to zdjęcia najpierw trzeba było wywołać, a potem zeskanować, by móc je zamieścić na sympatii. Pamiętam też jesień 2002 roku, kiedy zainstalowano u nas pierwsze stałe łącze i odkryłam blogi. Monokolorowe płachty, pisane w tajemnicy pamiętniki z życia mas, bo wtedy każdy chciał być anonimowy jak najdłużej. Dzisiaj to już jest bardzo, ale to bardzo passé.

Dlatego, blogerze, byś przestał być anonimowy i wkroczył dumnie na salony wpisów sponsorowanych, barterów, selfie z ręką Justina Bibera czy kawałkiem łuszczycy Kim Kardashian, powinieneś trzymać się kilku zasad.

Zacznijmy od technikaliów. Pamiętaj, że to, czego nie ma w internecie nie istnieje. Dlatego jeśli marzysz o sławie i takeawayach natychmiast załóż blog! Wspomóż go fanpagem na tym znanym portalu, profilem w aplikacji z kwadratowymi zdjęciami, następnie kontem w aplikacji z duszkiem. Potem jeszcze tylko aplikacja do ćwierkania, tablica z pinami i jesteś prawie sławny. Zaproś wszystkich znajomych do obserwowania Twoich poczynań. Jeśli nie będzie zainteresowania zapraszaj do skutku, aż wywalą cię ze znajomych lub dadzą ci bana. W ostateczności możesz kupić fanów na serwisie aukcyjnym. Zawsze będziesz wyglądał na już trochę sławnego.

Musisz zadbać o swój styl i unikatowość w sieci. Dlatego, jeśli zdjęć nie robisz przynajmniej iPhonem 6 plus lub pełnoklatkową lustrzanką, zadbaj chociaż o odpowiednie filtry. Byś mógł być inny, ale jednak niczym się nie wyróżniał, byś miał swój styl, ale jednak wyglądał jak podróba tych najpopularniejszych kont, koniecznie obrabiaj zdjęcia w VSCO filtrami A5, H1 i H2. Jeśli nie obrabiasz ich w taki sposób, to nie obrabiaj ich w ogóle, OK?

Na zdjęciach muszą być koniecznie odpowiednie elementy: ketogeniczne śniadania, owsianki z mrożonymi owocami, różowe kubki, selfie z bickiem, buty od tego rapera, któremu się ostatnio zwariowało czy książki Remigiusza Mroza. Pamiętaj, jak nie będziesz ich czytał, to nikt nie pójdzie z tobą do łóżka. A jeśli nie masz tych wszystkich przydatków, to po co chcesz być w internetach?

Powinieneś być także obecny wszędzie. Opublikuj wpis na blogu, w którym opowiesz jak ci minął dzień na siłowni, jak sprawdzają się szmatki od chińskiego sponsora albo jak zabijasz bogu ducha winne zwierzę, odpowiedz na komentarze na facebooku, by potem zbanować krytykantów na instagramie, po których następnie pojedziesz na snapchacie. A wieczorem relacja z melo na zbawiksie, może nawet spotkasz Huberta w Planie B. Jeśli tak, koniecznie pochwal się tym w soszjalach, inaczej nawet do niego nie podchodź.

Musisz, ale to bezapelacyjnie musisz KOLABOROWAĆ! Kolaboracja to podstawowy powód twojej obecności w internetach, bez kolaboracji nie ma kolacji (sponsorowanych).  Pamiętaj tylko byś wybierał zagranicznych producentów, najlepiej tych z Niemiec, najlepiej ciuchy od Hugo Bossa (on to umiał dobrze ubrać każdego, wierz mi). Dzisiaj takie czasy, że za kolaborację głowy ci już nie ogolą, a bez niej będziesz blogerem fajtłapą. Jeśli nie masz się czym pochwalić na insta, to choć udawaj, że kolaborujesz. Leć do Pepco, na promocję do biedry, kup sztuczne futerko w Ikea (Jon Snow approved), zmontuj plan zdjęciowy na szybko. Zrób sobie śniadanie do łóżka, najlepiej z makaroników oraz z czytnikiem książek w tle. Pamiętaj, że na zwrot masz najczęściej 14 dni, tylko Ikea ma zwroty bezterminowe. Chyba. I niech cię ręka boska broni pić cynamonowe pumpkin spice latte ze starbunia czy jeść sushi i nie uwiecznić tego na zdjęciach. Tak bezzdjęciowo wydane pieniądze, to źle wydane pieniądze. Ewentualnie dogadaj się z radą najemców i zamieszkaj w centrum handlowym. Będzie hype.

Wyznawaj minimalizm. Kup dwadzieścia książek, by się go nauczyć.

Kręć się koło znanych i cenionych. Udzielaj się na blogozlotach, na których zawsze występują te same osoby, ale – proszę – niczego nie wynoś. Gifty najczęściej dostaje się za zdjęcie z produktem na ściance i pod koniec imprezy. Może jesteś mniej znany lub nieznany wcale, ale miej swój honor. Jeśli będziesz odpowiednio cierpliwy, trafisz na ściankę. Jako ręka trzymająca torebkę Maffashion czy podnóżek Kominka. Pamiętaj, dla sławy warto wszystko. Tylko bądź cierpliwy.

I nie marnuj żadnej okazji! Żadnej! Bo może się nie powtórzyć. Przechodzisz koło lustra koniecznie cyknij selfie. Przechodzisz koło witryny sklepowej też zrób sobie zdjęcie. Zrobiłaś nowe paznokcie? Zrób o tym instastory, nagraj filmik na youtube. Jeśli wyświetli go ktoś inny niż rodzina i przymuszona Gabryśka, może następnym razem ktoś ci je zrobi za darmo. Pamiętaj, żaden dzień się nie powtórzy, a sponsor nie puka dwa razy.

Bądź też oficjalnie niewrażliwy na krytykę i miej w nosie hejterów. Udawaj, że to oni czynią cię sławnym, ale na wszelki wypadek blokuj ich wszędzie, bo przecież liczy się dobry PR. Może i Madonna miała rację, może powinni gadać i to nawet wszystko jedno co, ale – pamiętaj – jesteś tak wyjątkową jednostką, że krytyka nie godzi się. No jak?

A właśnie! Masz dziecko i nie piszesz o parentingu? (rodzicielstwo jest takie bardzo nietrendy) To po ci w ogóle to dziecko? Bez sensu. Naprawdę. Przecież twoja fasolka nie wydala z siebie niczego innego oprócz tęczy jednorożca. Jak możesz się tym nie pochwalić światu? Nie marnuj okazji! Pokaż twarz dziecka wszędzie, gdzie możesz, najlepiej już na sali porodowej. Jednak – miej na uwadze oczywiście – nie opłaca się to przy rozwarciu mniejszym niż pięć centymetrów.

Wydaj swoją książkę. Koniecznie i bezapelacyjnie. Choćbyś miał pisać pierwszą powieść marynistyczną w blogosferze, choćbyś sprzedał jej tylko dwadzieścia sztuk, choćby kupiła je tylko Twoja babcia i rozdała koleżankom z kółka różańcowego, to i tak ogłoś sukces. Twoi fani to idioci przecież i wcale nie zajarzą, że serwujesz im szmirę. Aha, gdyby babcia jednak nie zdecydowała się wykupić całego nakładu, zawsze możesz wrzucić pdf na chomika i narzekać na beznadziejnych piratów. Nie zapominaj jednak, że pisałeś powieść marynistyczną, więc wszystko zostało w klimacie. Ewentualnie ratuj gniota rebrandingiem i anglojęzycznym tytułem.

I pamiętaj, niezależnie od tego, co się dzieje w blogosferze i  tak byłeś pierwszy. I wszystko wymyśliłeś sam. Avocado też.

I byłeś pierwszy.

Podobne wpisy