ICE, ICE BABY…


Nie wiem jak to się stało, ale dopiero przecież był grudzień, urodziny i premiera Ostatniego Jedi, a tu już niemal połowa kwietnia, minęła Wielkanoc i właśnie widziałam zwiastun Hana Solo. Kraków nabrał tej specyficznej atmosfery, kiedy jeszcze nie jest zielono, ale wiadomo przecież, że za chwilę lato, więc wszyscy gremialnie siedzą w ogródkach, piją piwo i wyczekują… Stan przejściowy przed prawdziwym latem.

Kraków jest dla mnie miejscem szczególnym, jedynym chyba, w którym czuję się dobrze zawsze, o każdej porze. Pamiętam stary dworzec autobusowy, bar Smok i schabowego, którego zazwyczaj zamawiał mój ojciec, kiedy wyjeżdżaliśmy za granicę. Pamiętam ulicznego sprzedawcę skarpet, który tanio okazja skarpety polecał.

Cudowne to były czasy, lata dziewięćdziesiąte, moment, kiedy to nastoletnim pacholęciem będąc przeżywałam pierwsze randki, zakochania, pierwszą wow-pizzę w Grace. Kraciaste, flanelowe koszule, granatowe Martensy, za duże swetry i naszywki Nirvana na plecaku. Czytałam Osiecką, Poświatowską, uwielbiałam Tetmajera i durzyłam się w Staffie. W tajemnicy oglądałam Kickboxera, Krwawy sport czy Uniwersalnego żołnierza, van Damme forever tak w ogóle.

I nagle zniknął gdzieś ten stan przejściowy między dzieciństwem a dorosłością, dwadzieścia lat minęło jak jeden dzień, niepostrzeżenie stałam się poważna i styrana życiem, z plecaka zniknął Kurt Cobain, a pojawił się natomiast bagaż zobowiązań, rozczarowań i złamanych serc. Odechciało mi się wszystkiego, bo w ostatnim czasie nie poukładało mi się tak wiele spraw, że już nawet przestałam być rozgoryczona czy zdziwiona. Zapomniałam trochę o sobie, przygniótł mnie moment, w którym dobrnęłam do ściany.

Czasem jednak marzy mi się jakaś względnie poukładana normalność i spokój, choć tak naprawdę nie umiem sobie wyobrazić tego stanu. Jak to będzie, kiedy to wszystko się skończy? Przecież czeka mnie jeszcze tylko geodeta, notariusz i  … wolność?

Staram się poukładać ze sobą, staram się znaleźć sobie coś, co będzie moją odskocznią. Uświadomiłam sobie, że przecież całkiem niedawno minął rok, od kiedy zostałam (niekoniecznie dumną) singielką. Minął rok, kiedy becząc w mankiet psychiatry prosiłam o ulgę – teraz, już, zaraz. Taki miałam prima aprilis a.d. 2017. W tym roku na prima aprilis postanowiłam poważnie podejść do sprawy swojego staropanieństwa i zainstalowałam aplikację, z której wszyscy korzystają, ale nikt się do tego nie przyznaje. I to nie celem badań, napisania artykułu czy wpisu na blogusia.

Niestety z tą aplikacją mam taki problem, że po kilku dniach zaczyna mnie poważnie nudzić, a po tygodniu już mam tę pewność, że to po prostu strata czasu. Zatem przerzucałam sobie te profile w lewo, w prawo, bez większych emocji, bez chęci wymiany gumiaków i dresów na sukienkę i szpilki, bez chęci rozmowy. Czasem jednak zdarzy się coś, czego nie umiem przewidzieć i niespodziewanie okazuje się, że wciąż nie wyrosłam z chłopców (teraz to już chyba mężczyzn) z włosami o długości do ramion i najchętniej to znów wypisywałabym jakieś smętne cytaty na blacie ławki w harcówce…

Dlatego kiedy dostałam wiadomość od fana Simpsonów, który na zdjęciu wyglądał jak trochę słabsza wersja Heatha Ledgera, odpisałam. Nie wiem czy to była kwestia sobotniego wieczoru i kilku kieliszków wina, które wypiłam, czy tego, że znudziło mnie marnowanie czasu na konwersacje o niczym, a może ta nasza rozmowa naprawdę dobrze nam szła, ale godzinę później otwierałam drzwi do jego samochodu.

Za kierownicą siedział chłopak w kraciastej koszuli, bojówkach i pomarańczowej czapce. Dziwne to uczucie, kiedy widzisz kogoś pierwszy raz i nie wiesz tak naprawdę co ze sobą zrobić, co powiedzieć, bo właśnie zatrzasnęłaś się z nim sam na sam w jego terenówce i nie masz jak uciec.

Nie boisz się, że wywlokę Cię w jakieś ustronne miejsce, w którym czekają na Ciebie moi koledzy? pytam dla rozładowania atmosfery, która wcale taka ciężka nie była. Nie boisz się, że Ci utnę głowę? No dobrze, to byliśmy kwita z dziwnymi żartami.

Nie wiem dlaczego kazałam mu jechać właśnie tam, nie wiem dlaczego chciałam mu pokazać, że przecież tu, na tej drodze uczyłam się prowadzić samochód, mając lat dziesięć. Tam, w tym lesie zaliczyłam pierwszy upadek z konia, mając lat kilkanaście. A tu rozwaliłam sobie kolana i nos, bo obsługa tego cholernego spd zawsze mnie przerastała. Snuliśmy się po okolicy, snuliśmy opowieści z dzieciństwa. O trzykrotnie złamanym kręgosłupie, o rodzicach, którzy zamiast wieźć cię na SOR, najpierw musieli spuścić łomot albo przynajmniej porządny opierdol, żeby jednak dotarło, jakim baranem jesteś. Oraz, że Miłość w rytmie rap to w sumie kozacki film, ale większość skoków na motocyklu nie bardzo dawała się przenieść do rzeczywistości. My, dzieci lat dziewięćdziesiątych…

I dlatego, kiedy wylądowaliśmy gdzieś po środku niczego (dobra, dobra, wiem, że to był rezerwat przyrody, w ciągu dnia nawet dość zachwycający), kiedy w zupełnej ciemności rozmawialiśmy już którąś godzinę i gapiliśmy się w gwiazdy, zrozumiałam, że porozstaniowy etap przejściowy mam już za sobą (nie, wciąż nie chcę być w związku, a wolność moją kocham ponad wszystko i nie dam jej sobie odebrać). Że jestem gotowa na to, by komuś pozwolić się dotknąć, by ktoś mnie pocałował…

Dlatego, Moe, jeśli to czytasz, bo jakimś cudem tutaj trafiłeś, to wiedz, że zgodnie z obietnicą, obsmarowałam Cię właśnie na blogusiu. Mogłabym bardziej, ale co wydarzyło się na Białej Górze, zostaje na Białej Górze. Oraz zorze bywają także w Polsce, nie musisz ich oglądać tylko na Islandii.

Taki tam wpis ad perpetuam rei memoriam.

 

P.S.

A zdjęcie rozgwieżdżonego nieba zrobione telefonem wygląda tak… 😀

Karolina
O autorce

Pisarka z urodzenia. Fotografka z wyboru. Trudny charakter. Jeden polski owczarek nizinny. Dwa koty syberyjskie. Oto moje życie 2.0. Jeśli spodobał Ci się mój tekst, to daj mi o tym znać klikając w tę małą ikonkę poniżej. Dziękuję. :-)