Bankrutem być

Budzę się rano i patrzę na telefon. Widzę datę i robi mi się gorąco i zimno jednocześnie. Trzy lata temu zaczęły się zmiany, los popchnął mnie w drogę, z której nie mogłam zawrócić w żaden sposób.

Nie pamiętam jak ubrany był listonosz, który przyniósł mi pierwsze pismo od komornika. Oj tam, takie zdawkowe pisemko, naprawdę drobnostka przecież, informacja o egzekucji, wezwanie do wyjawienia majątku i najlepiej to zapłać wszystko wczoraj. Pamiętam natomiast jak nerwowo zaglądałam na konto i dzwoniłam do klientów, a to po złości, a to w desperacji, tłumacząc i prosząc o regulowanie zaległych należności, bo przecież mogłam zapłacić dopiero, kiedy klient mi zapłaci, a klient mógł mi zapłacić dopiero wtedy, kiedy jego klient mu zapłaci i tak przez cały czas prowadzenia firmy. Rak toczący polskie mikrobiznesy: zatory płatnicze.

A potem ten dziwny strach, że stracę klienta, że pójdzie do konkurencji i sprzedaż niemal po kosztach, byle tylko była. Na samo wspomnienie tych rozmów, próśb, gróźb czy tłumaczeń robi mi się niedobrze z obrzydzenia. Ci wszyscy petenci, którzy jeszcze dobrze nie weszli do biura, a już komunikowali potrzebę ceny najniższej nie tylko w okolicy, ale w całym internecie, bo wiecie, pójdę do konkurencji, u nich taniej, zamówię u chińczyka, oni mają wszystko, z dostawą wyjdzie mniej niż u was. No tak, bo ja przecież mogłam opłacać swoje rachunki workiem kartofli i szerokim uśmiechem…

Powoli zaczęło się wyprzedawanie ruchomości: samochód firmowy, towar po cenie niższej niż cena zakupu, niepotrzebne wyposażenie; krztusiłam się byle zdążyć z vatem, pitem, zusem, srusem. Nie myślałam o tym, by zwalniać pracowników, może nawet chciałam ratować tę firmę, nie wiem. Wiem z kolei, że od siódmego września dwa tysiące czternastego roku wszystko zaczęło się toczyć błyskawicznie.

Pierwszy wpis do księgi wieczystej, potem kolejne. Blokada konta, wszystkich kont, oszczędności. Wypowiedziany pierwszy kredyt, a potem następny. To nie była piękna katastrofa. Nie wiem jak bankrutuje się z klasą, ja zbankrutowałam z brzuchem obolałym ze stresu, butelką whisky i paczką chipsów pod pachą oraz głową w muszli klozetowej niemal każdego poranka. Napadła na mnie depresja i niechęć. Do wszystkiego. Odcięłam znajomych – nawet tych najwierniejszych, odcięłam się od normalności. Nie widziałam rozwiązania. Przeszłam dziesiątki kilometrów po lokalnym parku, ubrana w poplamiony dres i rozciągniętą czapkę, z psem, który na zadbanego wcale nie wyglądał…

Niemoc sparaliżowała rozsądne działania. Czułam się bezsilna i postawiona pod ścianą ze związanymi rękoma. Wierzyciele rozmawiać nie chcieli, bo przecież ileż można znosić obiecywanie poprawy i spłaty zobowiązań? Nie pomogło negocjowanie ugod, plany restrukturyzacji, próby sprzedaży ziemi. Nic się nie udało. W jednym momencie straciłam całą wiarygodność i stałam się gwiazdą wszelkich rejestrów. BIK, BIG, KRD, infor – proszę bardzo. Piekło do żywego, na samą myśl nie chciało mi się wstawać, oddychać, żyć. Bo stałam się nikim, po prostu.

W październiku zeszłego roku moje mieszkanie zostało sprzedane za śmieszne pieniądze. Wraz z całą menażerią wróciłam na stare śmieci. A końcem marca zostałam singielką (jak bardzo nie lubię tego słowa, to sama nie umiem określić). Nie miałam nic. Wciąż nie mam. Tylko ten cholerny aparat fotograficzny i używanego iMaca. Jednak dzięki pomocy odpowiedniego lekarza, dzięki temu, że moja mama pierwszy raz popłakała się na mój widok, dzięki temu, że miałam wsparcie ojca i jego partnerki, z którą nie raz ani dwa rzucałyśmy się sobie do gardeł, dzięki temu, że moje zwierzęta jednak wymagały zaopiekowania…

Powstałam z martwych, bo przecież martwa czułam się przez dwa i pół roku.

Problemy finansowe nauczyły mnie udawać, że jest wszystko w porządku, że jest ciężko, ale nie jest najgorzej. Pocieszanie siebie, innych, że przecież daję radę, że zaraz się wszystko rozwiąże, a ja w magiczny sposób wyjdę na prostą. Wigilie, śniadania wielkanocne, obiady rodzinne – to wszystko musiało jakoś wyglądać. Choć myślę, że wcale nie wyglądało. Myślę, że wszystkim łatwiej było w moim towarzystwie, kiedy nie trzeba było pytać co u mnie i słyszeć odpowiedzi, że źle, że najchętniej bym poszła spać i dajcie wy mi wszyscy święty spokój. Myślę, że wszyscy widzieli ubrania z lumpeksu, pożyczony kilkunastoletni samochód, kilkucentymetrowe odrosty i sińce pod oczami.

Bardzo chciałam, żeby wszystko wyglądało normalnie. I tak bardzo wstydziłam się tego, że nie dałam rady. Że zawiodłam, że gdzieś po drodze zwątpiłam, że nie ogarnęłam. Klapa po całości. I spojrzenia znanych mi mniej lub bardziej ludzi, którzy najchętniej weszliby w moje sprawy w ubłoconych trepach, ale jednak im trochę nie wypadło, więc musieli trzymać język za zębami i udawać, że przecież o niczym nie wiedzą, że nie ma plotek, a u mnie wszystko gra. Aż dziwię się, że ci ludzie nie poodgryzali sobie języków, że nie eksplodowały im głowy od tego powstrzymywania się. Dobra robota. Naprawdę.

Szkoda, że nikt nie zapytał czy nie potrzebuję pomocy, czy może nie mam ochoty pogadać, a może wyszłabym na piwo albo do kina? Nie no, w sumie to po co, jeszcze musieliby za mnie zapłacić. Dzięki, że daliście sobie i mnie spokój.

Minęły trzy lata, a ja jestem kimś zupełnie innym. Tysiąc dziewięćdziesiąt sześć dni, które sprawiły, że jestem kimś, z kim zaczynam się dogadywać i nawet siebie lubić. Powoli staję się wdzięczna, że los tak bardzo mnie styrał. Wciąż uważam, że mógł dokopać mi mocniej, więc powinnam się cieszyć, że zaczynam prostować swoje sprawy. Że zyskałam inną świadomość, nowy stosunek do rzeczywistości. Zaczęłam szanować siebie i swoje zdrowie. I mam sporo do napisania o tym ile wart jest milion.

Nowy dziale tematyczny, witaj! Mam nadzieję, że wniesiesz coś w życia ludzi, którzy tu trafią…

Podobne wpisy