All Posts By

Karolina

Urok nieistniejącej rzeczywistości

Biorę telefon do ręki, klikam w fioletową, bardzo charakterystyczną ikonę. Bez większej uwagi przeglądam kolejne profile, przesuwam bezsensownie palcem w górę, w dół. Wzdycham. Wodzę – dość niechętnie, ale jednak – za pięknymi ciałami opalonymi na kolor, który tak naprawdę nie istnieje. Degustuję – z niesmakiem, ale jednak – pożywkę serwowaną mi przez spójne feedy i nie do końca wartościowe treści. Wzdrygam się na to wszystko, choć to coraz bardziej rozległe rozczarowanie pochłania sporą część mojego świetnego dnia, którego przecież właśnie w tym momencie wszyscy mi życzą.

Skutecznie dałam się uwieść magii internetowej rzeczywistości, omamiłam samą siebie obietnicą bardzo szybkiego sukcesu w jeszcze krótszym czasie. A potem boleśnie zorientowałam się, że internet wczesnych lat dwutysięcznych, blog oraz treści, które wówczas tak bardzo kochałam już nie mają odbiorców. 

Antiquus amor cancer est. 

Kiedy zaczynałam pisać blog końcem roku 2016, a początkiem 2017, byłam szczerze przekonana, że blogowanie o życiu wciąż się niesie, że idea stojąca za tym, by przynieść głowie ulgę, by podzielić się doświadczeniem, by udzielić komuś wsparcia, bo przecież moja historia to nie jedyna taka, bo takie rzeczy dzieją się codziennie, że to ma jakieś przesłanie, może trafi się morał, że każdy początek zaczyna się od jakiegoś końca.

Chciałam pokazać ludziom, których znałam, a którzy magicznie przestali mnie rozpoznawać na ulicy, chciałam pokazać sama sobie, że nie mam się czego wstydzić, choć pigułkę z upokorzenia i bólu łykałam codziennie, każdego poranka, a po niej jeszcze trittico i asentra, bym mogła jakoś przetrwać kolejny dzień. I kolejny. I kilka następnych.

Po prostu chciałam pisać, zebrać grono czytelników, z którymi mogłabym dyskutować,chciałam poszukać sensu w tym wszystkim, a może i siły, by szukać rozwiązania w kompletnie innej drodze, niż ta, którą obrałam. Tak to sobie wyobrażałam i przysięgam, że nie myślałam o tym inaczej. I jak bardzo uważałam to za pewniak, tak bardzo głęboko byłam w błędzie.

Momentalnie dowiedziałam się, że teraz trzeba zbierać społeczność, która nie będzie mnie czytać, ale będzie ode mnie kupować. Że ja muszę monetyzować, sprzedawać, mieć produkt, ideę, wiecie, taki tam growth hacking na miliony. Zaczęłam więc porównywać się z nową falą specjalistów od wszystkiego, profesjonalistkami, które radośnie doradzały mi sypać więcej brokatu, poprawiać koronę i zapierdalać, choćby z pustym przebiegiem. Miałam zasuwać, choć byłam do cna wyczerpana. Fizycznie, psychicznie, emocjonalnie.

Ale bardzo pragnęłam sukcesu, chciałam mieć te swoje śniadania w pastelowej pościeli, okraszone życzeniami miłego dnia, bardzo chciałam zacząć choć jeden wpis od witajcie kochani, dzisiaj przychodzę do was z historią o tym, jak sprzedałam miliony sztuk mojego produktu. Chciałam być królową wszystkich facebooków i instagramów nie dlatego, że taki miałam cel, ale po to, by udowodnić światu, że jestem siłaczką, wymiataczem, odpierdalam manianę jak nikt inny, a na koniec pokażę wszystkim siarczystego fucka. Chciałam brać solenny udział w tym jakże cukierkowo wykreowanym wyścigu szczurów, bo przecież to internet, tu dzieją się cuda, tu wszystko się może zdarzyć. Prawda?

Dlatego, biorąc sobie mocno do serca te wszystkie złote rady, wymyśliłam sobie wyzwanie milion w rok – chwyt jak żaden inny, bo uważałam, że mogłam to zrobić, na dodatek byle jak, z byle czym, wystarczyło dużo obiecać. Powstała grupa, szalałam na fanpage’ach kobiecych biznesów, linkowałam jak nienormalna do swojej historii, bo przecież trzeba, trzeba, trzeba. Czy zastanawiałam się nad kosztem własnym? Nie.

Nie pomyślałam o tym, że mogłam zwyczajnie nie być gotowa na to, by stawać do walki ze światem. Nie chciałam zauważać, że upadłą jednostką będąc, wciąż mam rozwiniętą jako taką moralność i trochę uwierała mnie chęć wciśnięcia ludziom historii o podróży ze szczytu na samo dno i z powrotem. Bardzo, bardzo pragnęłam rehabilitacji, w szczególności tej materialnej. Jednak pragnąć to jedno, chcieć wykonać to drugie, a podporządkować się trendom to trzecie.

Est modus in rebus.

Wiecie jak boli wyczerpane ciało? Jak każdy ruch, nawet ten najdrobniejszy, jest po prostu torturą? Wiecie jak cierpi takie ciało, które codziennie nęka depresja pomieszana z presją sukcesu? Wiecie jak ciąży roztyty od leków brzuch, kiedy tak naprawdę tych leków nie chce się brać, ale kiedy po prostu trzeba je brać, bo swoim – buuuhuuu – odejściem nie chce się skrzywdzić rodziny? Wiecie jak boli wyprostowana postura, jakie to utrapienie dla kręgosłupa, kiedy głowa jest przygnieciona kilogramami pism procesowych i tytułów egzekucyjnych? W zasadzie to nie tak bardzo, bo najbardziej w tym wszystkim boli dobra mina do złej gry. Zaręczam.

Myślę, że każdy dłużnik przechodzi tę samą drogę złożoną z etapów podobnych do etapów żałoby. Najpierw przychodzi przerażenie, bo otrzymuje pierwsze przedsądowe wezwanie do zapłaty, straszą cię słowa jak komornik i licytacja mienia, więc robi wszystko, by podgonić z płatnościami. Potem wpada w cykl naiwnego myślenia, że jakoś to będzie, bo przecież zawsze jakoś jest, ale często za takim myśleniem nie idą czyny, bo większość rozwiązań wymaga nakładów finansowych, a przecież tych właśnie brakuje. Następnie chce się ratować w jakikolwiek sposób, byle tylko rozwiązać problemy. Chce się sprzedać wszystko, nawet za cenę znacznie niższą niż rynkowa, chce się tylko pozbyć problemu, by tylko mieć spokój, koszty przestają być ważne. Potem okazuje się, że to nic nie da, na stole leży sterta kopert, każda ważąca przynajmniej kilka ton, a jeśli nie aż tyle, to będąca na tyle ciężka, że nie chce się jej otwierać. A potem ogarnia zobojętnienie, niech się dzieje co chce, bo przecież wszystko stracone, reszta rozgrywa się sama przy dźwiękach wyciszonego telefonu.

Carta non erubescit.

Zatem zaczęłam pisać, choć dzisiaj nie wiem po co. Nie miałam strategii marketingowej, nie miałam określonego odbiorcy, nie wiedziałam, że zasięgi są ważne, że analytics i pixel, remarketing, że blog to dzisiaj tak naprawdę start up, że wymaga nakładów nie tylko czasu i talentu, ale przede wszystkim promocji, bo pisanie bloga dla samego pisania nie ma żadnego sensu.

Poddałam się temu owczemu pędowi, uwiodły mnie liczby tych sławnych, zaczarowały mnie tysiące followersów, chciałam wrócić do gry w najlepszym stylu. Chociaż raczej – nie oszukujmy się – chciałam po prostu odegrać się tak, jak hazardzista w kasynie. Tylko po drodze okazało się, że to nie moja bajka. Że ja wciąż wolę sobie siedzieć z laptopem na kolanach i pisać bawiące ludzi historie, niż skupiać się na tym cholernym pi-ar.  Że ja mam dość wielkich biznesplanów, że ja już nie chcę żyłować się ponad możliwości, że nie chcę sprzedawać ani siebie, ani moich przekonań.

Wyjechałam, wyłączyłam internet na rok. Było i jest mi dobrze, choć nie wszystko układa się tak, jak się spodziewałam. Wiadomo. Emigracja przyniosła mi ukojenie i – chyba wcale nie tymczasowy – rozejm pomiędzy mieć a być. Dzisiaj zdecydowanie wolę być. 

To prawdopodobnie ostatni raz, kiedy przywołuję historię mojego bankructwa w taki sposób. Czuję się nią wyniszczona i w końcu – niezależnie od skutków – chciałabym ją zostawić w przeszłości. Po prostu. 

Wciąż mam jednak wiele do opisania i opowiedzenia (bo wiecie, po drodze wydarzyło się tyle historii, że kiedy o nich wspominam, to uśmiecham się i robi mi się ciepło na sercu). Mam też sporo przemyśleń, które chciałabym gdzieś wyłożyć. Pracuję nad podcastem i choć kilkakrotnie pokonała mnie technologia, nie poddaję się. Nagram ten podcast i opublikuję, choćby miała nad tym spędzić pół roku. 

Plan na dziś to 3P: przetrwać, pisać, publikować. Bez myślenia o trikach budujących zaangażowanie, bez presji tworzenia viralowych treści, bez nakładania na wszystko presetu HB1, bez dbania o rzeczy, na których mi tak naprawdę nie zależy. Mam dość uroku nieistniejącej rzeczywistości.

W końcu to moje życie. Życie 2.0.

Matka, mama, mamusia

Ona po prostu jest. W pierwszych wspomnieniach, tych czasem jeszcze niemowlęcych. Kiedy siadasz po raz pierwszy, kiedy stawiasz swoje pierwsze i jakże nieporadne kroki. Kiedy wypowiadasz swoje pierwsze słowo, to zapewne po to, żeby też zwrócić się właśnie do niej…

MATKA

To ona pierwszy raz szarpie za włosy, bo przecież jeszcze nie ma doświadczenia, a ktoś uczesać cię musi. To ona niechcący leje ci szampon do oczu, który mimo wszystko szczypie jak diabli. To ona złości się, kiedy nie pozwalasz sobie obciąć paznokci. I to ona sprząta te wszystkie plamy po kredkach, farbkach i wycinankach. Zna też ból nadepnięcia bosą stopą na lego – jak nikt inny.

To ona złości się, że nie umiesz powiedzieć gąska, a ty natomiast nie umiesz zrozumieć co złego jest w słowie “gonska”. Przecież prawie nie ma różnicy, ale dla niej różnica jest zawsze. Diametralna. Podobnie jak pomiędzy 3 i E, których też nie pozwala ci używać zamiennie. Dlaczego? Tego jeszcze nie wiesz, ale na wszelki wypadek uczysz się wyrazy zapamiętywać fotograficznie.

To ona pilnuje tego, żebyś wstała na ósmą do szkoły i przymyka oko, że znów udawałaś ostatnio, że poszłaś spać przed dwudziestą drugą. To ona strzeże tego, żebyś zawsze miała spakowane zeszyty i odrobioną pracę domową. To ona drży o to, jak pójdzie ci matma i czy na pewno wiesz kiedy zawarto pokój w Tylży.

(do dzisiaj pamiętam: siódmego lipca tysiąc osiemset siódmego roku)

A potem złościsz się, że nie pozwala się malować tak, jakbyś chciała i każe ci ściągnąć te obciachowe buty. Ale ona już wie, że w tych ubraniach wyglądasz bardziej jak przerysowana kopia Małgorzaty Ostrowskiej, a nie dorastająca, nastoletnia niezależność. Ona też wie, że to nie było wcale pół małego piwa i że wcale nie paliłaś, to palili znajomi. Ona wie, wie to, o czym ty jeszcze nie masz pojęcia, choć jeszcze nie dorosłaś do tego, by jej uwierzyć. Dlaczego ciągle starasz się udowodnić jej, że masz rację? Nie wiem.

MAMA

A potem zaczynasz własne i prawie dorosłe życie, wyprowadzasz się z domu, idziesz na studia. Widujecie się rzadziej, ale rozmawiacie ze sobą częściej. To ona słucha o tym, że twój chłopak okazał się idiotą. I to ona wzdycha po cichu, tak, żebyś nie widziała, bo też już przecież wie, że nie on pierwszy i nie ostatni. Ma jedynie nadzieję, że ten następny okaże się jednak emocjonalnym niedołęgą w mniejszym stopniu niż poprzedni.

To ona jest dumna, chociaż egzamin zdajesz ledwo na tróję, ale przecież idziesz do przodu i to najważniejsze. To ona trzyma cię za rękę przed obroną pracy magisterskiej. To ona płacze razem z tobą. Tym razem z radości.

I to do niej dzwonisz, kiedy kruche wyrośnie, choć nie powinno. I to właśnie do niej zawozisz satynową sukienkę, którą poplamiłaś na weselu przyjaciółki, bo nie masz pojęcia co z tym zrobić. A ona przecież ma i zawsze wszystko wie. Wie także, że w tym kroju sukni ślubnej wyglądasz najpiękniej na świecie, zresztą dla niej najpiękniej wyglądałabyś w każdej sukni, na każdym balu…

To do niej uciekasz po wielkiej awanturze z mężem i to ona robi ci herbatę, kiedy nie możesz zasnąć, bo właśnie się okazało, że w waszym małżeństwie jest przynajmniej o jedną osobę za dużo. To ona zajmuje się twoimi dziećmi, kiedy ty nie masz na kogo liczyć i to ona czasem pożyczy ci stówę albo dwie do pierwszego.

MAMUSIA

A teraz nagle jesteś sama w tym wieku, że już wiesz, że życie lekkie nie jest, że czasem z rzeczywistością trzeba się szarpać bardziej, niż byś sobie tego życzyła, że kredyt na dom, że awaria pralki, że klient cię wkurwił, że dzieci trzeba odwieźć na zajęcia po szkole, że mąż znów zapomniał o zakupach.

Piętrzy się pranie, zmywarkę trzeba pakować przynajmniej dwa razy dziennie, obiad znów będzie godzinę albo dwie później, bo trzeba było zrobić nadgodziny. Czasem zwyczajnie nie wyrabiasz, masz dość, krew cię zalewa, bo też chciałabyś mieć chwilę tylko dla siebie, na cokolwiek, nie wspominając o jakimś dawno zapomnianym hobby.

I kiedy w furii zbierasz porozrzucane po domu ubrania, kiedy wstawiasz naczynia do zlewu, kiedy znów jako jedyna musisz wstać o piątej, bo pies koniecznie chce wyjść na spacer i nie obchodzi go to, że pada albo jest minus pięć, bo ktoś musi, a przecież tyle było zapewnień, że dzieci będą to robić same… kiedy zdajesz sobie sprawę, że już niedziela wieczór, a ty jeszcze nie miałaś czasu odpocząć przez weekend…

Wtedy nagle dociera do ciebie, że przecież ona zawsze jakoś dawała radę. Gotowała, sprzątała, prała. Odbierała po szkole i zawoziła na rytmikę. To ona czekała na twoje spóźnione powroty do domu – najpierw, żeby sprawdzić czyś cała, a potem by solennie przypomnieć czym jest zegarek i jak się z niego korzysta. A ty, chociaż nigdy tej obecności głośno nie doceniałaś, ona nie narzekała. Po prostu była.

I ty też bądź… I zadzwoń do mamy!

Żegnaj, Carrie Bradshaw

Snuję się gdzieś pomiędzy 101 a 104, siąpawica zacina mi prosto w twarz. Zacina niezależnie od kierunku, w którym się udam. Nie wierzyłam kiedy mówili mi, że tu deszcz pada poziomo, a szyku zadaje się w kapoku w modnym kolorze. Nie wierzyłam też w kilka innych rzeczy, ale o tym może kiedy indziej.

Turyści dopiero szykują się do natarcia, więc ulice są jeszcze całkiem znośnie i przejść można jakby spokojniej. Patrzę w stronę oceanu – nic nie widać, patrzę w stronę Esji – nic nie widać. Jakby cała uroda tego miejsca schowała się pod grubą warstwą z chmur i opadów. Wiosna przychodzi tu jednak trochę inaczej niż w Polsce i wszystko jakby wolniej się dzieje, bez nachalności i jak chcesz cokolwiek zauważyć to wysil się bardziej…

Trzymam pod pachą w wodoodpornej teczce plik dokumentów – bank, ambasada, inkubator przedsiębiorczości, niby tyle do załatwienia, a mnie się nie chce, bo i nadziei jakby mniej albo wcale. Działam trochę od niechcenia, trochę, bo muszę, a trochę, bo jednak marzenia o realizacji szalonego miliona w rok jeszcze nie całkiem umarły, a tu przecież mam trochę inne możliwości, może jakby więcej szans. Ale wszystko to jest jakby,  trochę i nie do końca przecież.

Stoję w kolejce do miłej pani w urzędzie skarbowym, przede mną co najmniej kilku rodaków, posługujących się tą jakże zawstydzającą polszczyzną, że wolisz udawać, że jesteś ze Szwecji. Albo z Zanzibaru. I znów czuję się jakby w Polsce, na dodatek tej najbardziej prawdziwej, odzianej w ciuch patriotyczny, stek przekleństw i specyficzną mentalność, której nie spotkasz nigdzie indziej na świecie. Nie czuję się dumna, nie czuję się obywatelką. Apatryda, może już trochę nomada, ale na pewno jeszcze ani tutejsza, ani już stamtąd. Ojczyzna dała mi popalić do żywego, topiąc wszystkie moje marzenia zanim jeszcze te zdążyły otworzyć oczy.

Oduczam się strachu, przyuczam do spokoju i do spoglądania w lustro bez obrzydzenia, bez ciągłych wyrzutów, że tyle mogłam zmienić, spiąć się w sobie, zebrać do kupy, walczyć… Chciałam przecież. Wciąż pamiętam te wszystkie rozmowy w bankach, z wierzycielami, kiedy z przetrąconym finansowym kręgosłupem błagałam o litość i ugodę, kiedy miotałam się pomiędzy prawnikami, wierzycielami, wzorami pism. Kiedy chciałam oddać wszystko, byle tylko zapewnić sobie tak upragniony spokój i wrócić do normalności.

Do normalności czyli dokąd, do czego? Nie wiem.

To wszystko nadal we mnie odżywa, wywołuje poczucie winy i ogólnego skrzywdzenia, jakiejś szeroko pojętej życiowej niesprawiedliwości, bo przecież mogłam te problemy rozwiązać bardzo szybko – przy odrobinie dobrej woli ze strony wszystkich. Tej woli zabrakło, a ja w końcu stanęłam przed wyborem: albo gdzie indziej, albo wcale. Czy zachowałam się podle, wyjeżdżając? Zostawiając swoje zwierzęta, ogród i rodzinę? Czy zwyczajnie uciekłam od problemów, licząc na to, że tu będzie inaczej, lepiej, albo chociaż trochę lżej? Nie potrzebuję widocznych stygmatów, by pamiętać o tym, co się wydarzyło i bezustannie szukać sposobu na odwrócenie losu, bo z tym, że przeszłości nie zmienię chyba zdążyłam się już pogodzić.

Trzymam tę cholerną różową teczkę z suwakiem, widzę swoje odbicie w szybie, patrzę na ludzi przede mną, przewijam jeszcze raz te obrazy i rozmowy, liczę swoje zobowiązania, kiedy telefon wibruje i oznajmia, że oto jakiś rozgoryczony czytelnik przysłał mi wiadomość…

Nie obraź się, ale miałaś pisać, miałaś opowiadać i gdzie to wszystko jest? Następnym razem nie odzywaj się wcale… Masz rację drogi fanie, który właśnie odlajkowałeś mój profil i poczułeś nieodpartą potrzebę, by mi o tym powiedzieć. Dziękuję za Twój czas i uwagę, które zechciałeś mi poświęcić, ale ja wiem co i komu obiecałam, zdaję sobie sprawę z tego, co i komu jestem dłużna. To wcale nie tak, że teraz to już będę produkować interesujące treści, content creation jak się patrzy, podziwia i zazdrości, bo nie.

Owszem, wyobrażałam sobie kiedyś, może kilka, może już kilkanaście lat temu (nie wiem), że będę niczym Carrie Bradshaw. Będę pisać sobie felieton od czasu do czasu, mieszkać w lofcie na Zabłociu, zakładać na siebie tylko high fashion i wikłać w nieodopowiednie związki z jeszcze bardziej nieodpowiednimi mężczyznami. Z tego wszystkiego udało mi się tylko to ostatnie, bo przychodziło mi najłatwiej, naturalnie niemal.

Nie wiem kiedy obejrzałam Sex and the city po raz pierwszy, czy byłam jeszcze w liceum, czy może na początku studiów, ale Carrie wkradła się w  moją głowę jak wirus, wpychając mnie w przeświadczenie, że życie można spędzać w luksusowych butikach, na lunchach z przyjaciółkami, na wyborach pomiędzy najnowszą kolekcją, a tą już trochę vintage. Wydawało mi się, że wiele lat zmarnowanych na nieodpowiedniego faceta to przecież nic takiego, ot, życie, wszyscy tak robią. Pokochałam tę niezależność bez konieczności kontaktu z rzeczywistością, nie zauważając przy tym, że Carrie jednak przehulała tysiące dolarów na garderobę, że uzależniła się od woli i emocji niedostępnego mężczyzny na długie lata, że w zasadzie nie miała żadnej kariery, a kiedy przyszło co do czego, to i tak została sama przed ołtarzem… I nie, nieważne, że on i tak do niej wrócił. Pewnych rzeczy się po prostu nie wybacza. Nie i już.

Ja zostałam sama w trochę innym momencie życia, ale przecież mówią, że nigdy nie jest za późno, że przychodzimy na świat dwa razy, że ten drugi, to moment, w którym dowiadujemy się po co. Nie wiem czy jest coś, co drażni mnie bardziej niż fałszywie patetyczne cytaty motywacyjne, ale co kto lubi. Ja przecież kiedyś lubiłam Sex and the city.

Ale wracając do Ciebie, mój były czytelniku, to chciałam Ci powiedzieć, że zbrzydło mi pisanie i bywanie w internetach. Zbrzydły mi ten sztuczny blichtr, cukrowe konta na instagramie, które są tak idealnie iedalne i wszystkie wyglądają tak samo. Zbrzydło mi nawet pisanie, które zaczęło być dla mnie przytłaczającym smutnym obowiąkiem. Zniechęciła mnie presja, zniechęciła mnie konkurencja.

Mnie, wybierz mnie, mnie wybierz! U mnie tyle mięsa, krew, pot i łzy leją się strumieniami, jam jest Fenix niekoniecznie z popiołów, bo wciąż siedzę w palenisku i muszę przyznać, że jest mi tu całkiem wygodnie…

Jak długo można znosić takie przekłamanie, jak długo można być specjalistą od wszystkiego, który chcę cię uczyć życia, a przy okazji sprzeda ci ebooczek ze świeżo kradzionymi pomysłami? Nie chciałam i wciąż nie chcę brać w tym udziału, chcę iść po swojemu za tym, co mówią mi serce i intuicja, chcę w zgodzie ze sobą zostać tą cholerną pisarką, która pisze dorosłe powieści i książki dla dzieci, która z tego żyje i na dodatek jest z tym szczęśliwa, bo jeszcze nie całkiem porzuciłam nadzieję, nie całkiem złożyłam broń…

Pochłonięta autoodtwarzaniem obrazków z przeszłości, obracam w dłoni papierek z numerkiem 054, kiedy nagle słyszę ping, a na monitorze widzę swoją kolej. Pani grzecznie pyta o sprawę, w której przyszłam i prosi o moją kennitalę. Nowe technologę mówię bardzo cicho, jakbym wcale nie chciała uwierzyć w to, co właśnie robię.

No cóż, żegnaj, Carrie Bradshaw…

Lubię sobie odejść czasem…

Chyba wszyscy to znacie, ten moment, kiedy w filmie albo serialu urywa się jakiś wątek, po czym spotykamy bohatera jakiś czas po, kiedy jest już zupełnie innym człowiekiem z zupełnie nowym życiem. Wszyscy też znacie ten moment, kiedy w filmie albo serialu bohater najpierw załamuje się, potem przełamuje się, a potem zaczyna zmiany, w tle leci muzyka i w kilkadziesiąt sekund taadaaam: oto i on, bohater nasz jak nowy, odmieniony, poskładany i zapomniał wół jak cielęciem był…

Marzyła mi się osobista rezurekcja, w której przechodzę katharsis i wracam jako ktoś zupełnie nowy, inny, odchudzony. Ale ja, proszę ja Was, to się chyba nie zorientowałam, że to właśnie już. Że właśnie teraz łamię się, załamuję, przełamuję, składam i zmieniam. Bez fanfar, bez najmniejszego duchowego uniesienia. Nie było spektakularnego wow. Nie słyszałam też rytmicznej muzyki, no chyba, że za takową uznamy Korteza – idola nastolatek z depresją.

Co zatem było, Karolino?

Desperacja była, dorgi blogusiu. Rozdarte serce i życie rozbite na tysiące puzzli, z których żaden do siebie nie pasował. Dziergałam tę swoją codzienność z planów na szybki milion, z nadziei i depresji, z kwot, które nie starczały nawet do piątego, z ciągłych upadków i wstawania z kolan, bez końca i większego sensu. Bankructwo ma to do siebie, że wchodzi się pod przymusem w bardzo poważny i bardzo zobowiązujący związek z komornikiem. I on jest gorszy od najgorszej żony na świecie, jest gorszy od Ksantypy i Izabeli Łęckiej, i podli bardziej niż Czarna Mamba Justynę Żyłę w Tańcu z gwiazdami.

Czy mogłam żyć godnie za mniej niż kilkaset złotych miesięcznie? Czy chciałam sprzedawać wizję pierwszego miliona zarobionego w trzy miesiące? Przecież wszyscy tak robią, fake it till you make it, porzygaj się brokatem, załóż tęczowe ciuchy i sponsorowany uśmiech… Ja tak nie potrafiłam, chociaż wiem, że historia tego bankructwa i to, co wydarzyło się potem to gotowy produkt, który można dobrze sprzedać. Wiem, bo powiedziało mi to wiele agencji PR, które odezwały się do mnie po publikacjach u Joasi Pachli i Joasi Glogazy.

Przecież tego chciałam – udowodnić wszystkim, że się da, że można, że trzeba chcieć, wystarczy po prostu zrobić. Ale trzeba by się było przy okazji sprzedać za odpowiednio niską stawkę, trochę bym też musiała się obtargać z resztek godności, które mi jeszcze po tej historii zostały i były mi wówczas na wagę złota.

Po tych dwóch wpisach na blogach znacznie większych niż mój, moje statystyki poszybowały, moją skrzynkę blogową zasypały wiadomości, posypały się zaproszenia do znajomych na prywatnym profilu. Od kogo? Nie wiem, ale czytając kolejną wiadomość, która zaczynała się od “jak widzisz, jestem dobra w znajdowaniu ludzi…”, serce podchodziło mi do gardła i zbierało mi się na wymioty, zwłaszcza, że jakoś nie ukrywałam się szczególnie mocno. Nie tak to sobie wyobraziłam, ten nagły przypływ popularności nie był ani przyjemny, ani schlebiający. Choć hejtu, którego obawiałam się tak bardzo, nie było wcale. Dziwne, co?

Było też to jedno, jedyne spotkanie, z człowiekiem, którego nigdy potem już nie zobaczyłam, ale które tak bardzo wpłynęło na moje decyzje. Człowiek, którego historia była bliźniaczo podobna do mojej, a który po prostu zaczął od nowa na lodowej wyspie, zainspirował mnie na tyle, że postanowiłam sprzedać cały sprzęt fotograficzny, kupić bilet i też wyjechać. Chciałam spokoju, chciałam stabilizacji, chciałam zmian, bo mogłam zrobić to albo udusić się rzeczywistością, w której przyszło mi egzystować, bo życiem pełną piersią tego raczej nazwać nie mogłam.

Nie wiem czy przemyślałam ten wyjazd dokładnie, czy policzyłam plusy, wytypowałam minusy, czy spodziewałam się tego smutku i tęsknoty za momi zwierzętami, za moim ukochanym The Fluffy Trio, za tym, że wiosna tego roku w Polsce będzie tak wcześnie, a tu, w tym samym czasie za oknem śnieg albo sztorm… Po prostu spakowałam sie do dwóch walizek o łącznej wadze 42 kilogramów i wyjechałam, niemal z tygodnia na tydzień. Bez planu, bez zagwarantowanej pracy, nie byłam nawet pewna czy adres, pod który miałam się wprowadzić istniał naprawdę. W kieszeni miałam tylko bilet w jedną stronę oraz 463 euro.

No cóż, jak widać żyję, mam się w sumie to nieźle, choć lubię sobie odejść czasem… ale jeszcze bardziej lubię powroty.


Życie 2.0 2.0 welcome to.

Ice, ice baby

Nie wiem jak to się stało, ale dopiero przecież był grudzień, urodziny i premiera Ostatniego Jedi, a tu już niemal połowa kwietnia, minęła Wielkanoc i właśnie widziałam zwiastun Hana Solo. Kraków nabrał tej specyficznej atmosfery, kiedy jeszcze nie jest zielono, ale wiadomo przecież, że za chwilę lato, więc wszyscy gremialnie siedzą w ogródkach, piją piwo i wyczekują… Stan przejściowy przed prawdziwym latem.

Kraków jest dla mnie miejscem szczególnym, jedynym chyba, w którym czuję się dobrze zawsze, o każdej porze. Pamiętam stary dworzec autobusowy, bar Smok i schabowego, którego zazwyczaj zamawiał mój ojciec, kiedy wyjeżdżaliśmy za granicę. Pamiętam ulicznego sprzedawcę skarpet, który tanio okazja skarpety polecał.

Cudowne to były czasy, lata dziewięćdziesiąte, moment, kiedy to nastoletnim pacholęciem będąc przeżywałam pierwsze randki, zakochania, pierwszą wow-pizzę w Grace. Kraciaste, flanelowe koszule, granatowe Martensy, za duże swetry i naszywki Nirvana na plecaku. Czytałam Osiecką, Poświatowską, uwielbiałam Tetmajera i durzyłam się w Staffie. W tajemnicy oglądałam Kickboxera, Krwawy sport czy Uniwersalnego żołnierza, van Damme forever tak w ogóle.

I nagle zniknął gdzieś ten stan przejściowy między dzieciństwem a dorosłością, dwadzieścia lat minęło jak jeden dzień, niepostrzeżenie stałam się poważna i styrana życiem, z plecaka zniknął Kurt Cobain, a pojawił się natomiast bagaż zobowiązań, rozczarowań i złamanych serc. Odechciało mi się wszystkiego, bo w ostatnim czasie nie poukładało mi się tak wiele spraw, że już nawet przestałam być rozgoryczona czy zdziwiona. Zapomniałam trochę o sobie, przygniótł mnie moment, w którym dobrnęłam do ściany.

Czasem jednak marzy mi się jakaś względnie poukładana normalność i spokój, choć tak naprawdę nie umiem sobie wyobrazić tego stanu. Jak to będzie, kiedy to wszystko się skończy? Przecież czeka mnie jeszcze tylko geodeta, notariusz i  … wolność?

Staram się poukładać ze sobą, staram się znaleźć sobie coś, co będzie moją odskocznią. Uświadomiłam sobie, że przecież całkiem niedawno minął rok, od kiedy zostałam (niekoniecznie dumną) singielką. Minął rok, kiedy becząc w mankiet psychiatry prosiłam o ulgę – teraz, już, zaraz. Taki miałam prima aprilis a.d. 2017. W tym roku na prima aprilis postanowiłam poważnie podejść do sprawy swojego staropanieństwa i zainstalowałam aplikację, z której wszyscy korzystają, ale nikt się do tego nie przyznaje. I to nie celem badań, napisania artykułu czy wpisu na blogusia.

Niestety z tą aplikacją mam taki problem, że po kilku dniach zaczyna mnie poważnie nudzić, a po tygodniu już mam tę pewność, że to po prostu strata czasu. Zatem przerzucałam sobie te profile w lewo, w prawo, bez większych emocji, bez chęci wymiany gumiaków i dresów na sukienkę i szpilki, bez chęci rozmowy. Czasem jednak zdarzy się coś, czego nie umiem przewidzieć i niespodziewanie okazuje się, że wciąż nie wyrosłam z chłopców (teraz to już chyba mężczyzn) z włosami o długości do ramion i najchętniej to znów wypisywałabym jakieś smętne cytaty na blacie ławki w harcówce…

Dlatego kiedy dostałam wiadomość od fana Simpsonów, który na zdjęciu wyglądał jak trochę słabsza wersja Heatha Ledgera, odpisałam. Nie wiem czy to była kwestia sobotniego wieczoru i kilku kieliszków wina, które wypiłam, czy tego, że znudziło mnie marnowanie czasu na konwersacje o niczym, a może ta nasza rozmowa naprawdę dobrze nam szła, ale godzinę później otwierałam drzwi do jego samochodu.

Za kierownicą siedział chłopak w kraciastej koszuli, bojówkach i pomarańczowej czapce. Dziwne to uczucie, kiedy widzisz kogoś pierwszy raz i nie wiesz tak naprawdę co ze sobą zrobić, co powiedzieć, bo właśnie zatrzasnęłaś się z nim sam na sam w jego terenówce i nie masz jak uciec.

Nie boisz się, że wywlokę Cię w jakieś ustronne miejsce, w którym czekają na Ciebie moi koledzy? pytam dla rozładowania atmosfery, która wcale taka ciężka nie była. Nie boisz się, że Ci utnę głowę? No dobrze, to byliśmy kwita z dziwnymi żartami.

Nie wiem dlaczego kazałam mu jechać właśnie tam, nie wiem dlaczego chciałam mu pokazać, że przecież tu, na tej drodze uczyłam się prowadzić samochód, mając lat dziesięć. Tam, w tym lesie zaliczyłam pierwszy upadek z konia, mając lat kilkanaście. A tu rozwaliłam sobie kolana i nos, bo obsługa tego cholernego spd zawsze mnie przerastała. Snuliśmy się po okolicy, snuliśmy opowieści z dzieciństwa. O trzykrotnie złamanym kręgosłupie, o rodzicach, którzy zamiast wieźć cię na SOR, najpierw musieli spuścić łomot albo przynajmniej porządny opierdol, żeby jednak dotarło, jakim baranem jesteś. Oraz, że Miłość w rytmie rap to w sumie kozacki film, ale większość skoków na motocyklu nie bardzo dawała się przenieść do rzeczywistości. My, dzieci lat dziewięćdziesiątych…

I dlatego, kiedy wylądowaliśmy gdzieś po środku niczego (dobra, dobra, wiem, że to był rezerwat przyrody, w ciągu dnia nawet dość zachwycający), kiedy w zupełnej ciemności rozmawialiśmy już którąś godzinę i gapiliśmy się w gwiazdy, zrozumiałam, że porozstaniowy etap przejściowy mam już za sobą (nie, wciąż nie chcę być w związku, a wolność moją kocham ponad wszystko i nie dam jej sobie odebrać). Że jestem gotowa na to, by komuś pozwolić się dotknąć, by ktoś mnie pocałował…

Dlatego, Moe, jeśli to czytasz, bo jakimś cudem tutaj trafiłeś, to wiedz, że zgodnie z obietnicą, obsmarowałam Cię właśnie na blogusiu. Mogłabym bardziej, ale co wydarzyło się na Białej Górze, zostaje na Białej Górze. Oraz zorze bywają także w Polsce, nie musisz ich oglądać tylko na Islandii.

Taki tam wpis ad perpetuam rei memoriam.

 

P.S.

A zdjęcie rozgwieżdżonego nieba zrobione telefonem wygląda tak… 😀

A year changes a lot

Grafitowe botki z nubuku stoją dumnie przy biurku, czekają na wieczór. Wyplotłam z nich sznurówki, wplotłam czarne wstążki. Patrzę na nie i myślę: zleciało, prawda? Rok mignął mi gdzieś pomiędzy przeprowadzką, rozstaniem, dziewięćdziesięcioma tysiącami klapnięć migawki, a trzystoma tysiącami słów.

Emocjonalnie był to chyba jeden z najtrudniejszych okresów w moim życiu. Pełen obaw i strachu, że zginę, że nie dam rady, że wszystko mnie przerośnie. I owszem, sprawy przerastały mnie nie raz, ani dwa. Kobiety, które mówią o planie zagospodarowania przestrzennego, o metrach powierzchni użytkowej, spółkach celowych czy inwestorach wykonawczych lekko nie mają. Porywam się wszakże na nieznane, kompletnie nowe i będę z tym sama. Jednak kiedy patrzę wstecz (bardzo, bardzo niechętnie) i widzę drogę, którą przeszłam przez ostatnie lata, to kiełkuje we mnie nieśmiałe przekonanie, że tyłek mam chyba z tytanu, a psychikę ze stali. Dziękuję sobie, że nie porwałam się na żadne ostateczne rozwiązania. Chociaż były takie momenty, że bardzo chciałam i nawet po cichu planowałam jak…

Zrozumiałam też co jest dla mnie naprawdę ważne, a co najważniejsze i że dewiza: zrób co musisz, byś potem mógł robić to, co chcesz będzie moim mottem na następne kilka lat. Zawodowo dokonałam kilku zdroworozsądkowych wyborów, stworzyłam wstępny plan, rozpisałam go na miesiące, kwartały i lata. Milion nadal jest wyzwaniem. Dotarło do mnie jak ważną zmienną jest czas, a doba przecież ma tylko dwadzieścia cztery godziny. Ulga, nie powiem. I spokoju w głowie więcej.

Robię to nie tylko dla spokoju ducha, ale i dla mojego ciała. Ciała, które w ostatnim czasie wręcz błaga o litość i dobre traktowanie. Lekarz postawił sprawę bardzo jasno. Albo teraz się ze sobą dogadam, albo za jakiś czas czeka mnie agresywne leczenie i powrót na oddział, na który miałam już nigdy nie wracać. Zatem przez następne trzysta sześćdziesiąt pięć dni będę się uczyć siebie od nowa i szukać drogi, która będzie tą najbardziej właściwą do osiągnięcia równowagi w tej kwestii.

W ciągu ostatnich miesięcy wpuściłam do mojego życia wielu nowych ludzi. Poznałam wspaniałe kobiety, które uwielbiam. Wszystkie. Tak samo mocno! Dziewczyny, Wy wiecie, że to o Was, dałyście mi ogromnego kopa i wsparcie! Jesteście dla mnie wielkie! Znalazło się też miejsce dla kilku mężczyzn, którzy stali mi się bliscy; uczę się od nich powoli i bardzo ostrożnie obchodzenia z męską psychiką, może dzięki temu pójdę w końcu na pierwszą randkę, na której się nie spiję tylko po to, by móc swobodnie rozmawiać i nie czerwienić się z byle powodu. Tak, wiem ile lat dzisiaj kończę i że nastolatką już od dawna nie jestem…

Tymczasem patrzę na swoje zdjęcie sprzed piętnastu lat. Przewracam je na drugą stronę, czytam: no, I don’t think I will kiss you, although you need kissing, badly. that’s what’s wrong with you. you should be kissed and often, and by someone who knows how. June 2002. I tego sobie życzę w to niekoniecznie zimowe, ale na pewno urodzinowe popołudnie.

Sto lat, moi drodzy Czytelnicy! Wiecie już o czym będzie życie 2.0 w 2018. 🙂

Dziękuję Wam za 2017! 🙂

Ściskam mocno,

K.

 

Attention, attention!

Kochani Czytelnicy! 

Przyszedł właśnie taki moment, że potrzebuję Waszej pomocy ewentualnie bardzo dużej chęci współpracy z Waszej strony. 

Zapewne krzątacie się już świątecznie po domu, niektórzy z Was przeżywają nadchodzący poniedziałek i notoryczny brak czasu, bo koniec roku to najczęściej spinanie budżetów firmowych i załatwianie wszystkiego przed świętami, żeby w te kilka dni do Nowego Roku mieć luz. Trzymam za Wasze sprawy kciuki. 😊😊😊

Nie wiem czy Wam wiadomo, ale mój bloguś w przyszłym tygodniu będzie obchodził pierwsze urodziny!

YAY ME! 🎉🎉🎉🎂🎂🎂

W tym czasie mój blog odnotował prawie 30 tysięcy odsłon, zawędrowało do mnie ponad 11 tysięcy czytelników, a średni czas jaki spędzili oni na mojej stronie to dwie minuty i pięćdziesiąt trzy sekundy. Czuję się ogromnie doceniona!

😍😍😍 DZIĘKUJĘ!!! 😍😍😍

Jednak jest wśród moich statystyk ktoś, kogo jestem bardzo ciekawa i postanowiłam ufundować tej osobie małą niespodziankę. Jeszcze sama nie wiem co to będzie, ale … do rzeczy.

Otóż na mojej stronie pojawił się czytelnik, który w ciągu jednego popołudnia przeczytał cały mój blog! Wszystkie wpisy!!! Kiedy to dzisiaj zobaczyłam, to trochę zbladłam. Komu by się chciało robić takie rzeczy? I to w czasach, kiedy ludzie notorycznie nie mają czasu? Czuję się bardzo, hm, ukontentowana. 😊  Czytelnik ów spędził na mojej stronie niemal sto dwadzieścia minut! Że mu się chciało?

Przez niego i ja sama rzuciłam okiem do archiwum, bo przyznam szczerze nie zwróciłam uwagi na to, co się w nim znajduje, kiedy importowałam treść z bloga pisanego wiele lat temu. 🙂

Dlatego, drogi Czytelniku, jeśli jesteś tu i czytasz ten post, odezwij się. Chciałabym Ci jakoś podziękować za te odwiedziny oraz za to, że wciąż mnie od czasu do czasu odwiedzasz. ❤️

W tym tygodniu też dokonam innych podsumowań i myślę nad tym, by może zorganizować jakieś upominki dla moich wiernych czytelników? Bo jaki sens miałoby to moje pisanie, gdyby nie Wy?

Dajcie znać co o tym myślicie. Będę Wam ogromnie wdzięczna.

Bardzo Was lubię! 🌷🌷🌷

K.

P.S.

Czytelniku, naprawdę nie gryzę. I mogę zachować pełną anonimowość. Serio.

DOPISEK

Pytacie mnie w wiadomościach prywatnych kiedy padł rekord. Odpowiadam zatem.

Tajemniczy czytelnik zjawił się na bloguniu 3 grudnia 2017. 

I promise myself not to slip

Spotkaliśmy się we wtorek. Tego dnia nie padał deszcz, wręcz przeciwnie – zapowiadało się na śnieżną i białą zimę. Nareszcie. Nie przejmowałam się tym spotkaniem, nie wiem nawet czy miałam na nie ochotę. Pierwszy raz w życiu wzięłam sobie słowa Doroty (znad grobowca) do serca i pomyślałam, że może powinnam zachować się jak dorosła. W końcu.

Nie zrobiłam starannego makijażu, nie przygotowałam najlepszej pary zimowych obcasów, nawet nie uprasowałam koszuli. Nóg też mi się golić nie chciało, bo w sumie po co, to przecież miało być tylko spotkanie przy piwie. Miałam się przekonać ile we mnie dorosłości, a ile ślepej tęsknoty za czymś, co być może nie istnieje.

Do tej pory rozmawialiśmy o liczbach taksówkowych, przy okazji wcale nie tak nieśmiało udowadniałam mu, że każda teoria ma sens pod warunkiem, że można ją odnieść do praktyki, a on recenzował to, co napisałam (do szuflady) o zmierzchu poczciwej inżynierii i zastąpieniu jej fizyką teoretyczną. Mówił you are so smart, how it is even possibile??? Mówił you are too pretty, to be that bright. Dyskutowaliśmy o teoriach Hellera, Goswamiego i o Feynmanie. Zachwycało go to, że przyszłam na świat w dniu urodzin Ramanujana. There must be something in it! – powtarzał, bo jak większość Hindusów wierzył w reinkarnację. Umowa była bardzo prosta: ja go uczę fotografii oraz angielskiego, on pomaga mi ogarnąć matematykę.

Feralnego wieczoru siedzieliśmy w cichej knajpce, piliśmy grzane piwo i nie za bardzo było o czym pogadać. Okazało się, że matematyczny geniusz i kilka doktoratów wcale nie muszą iść w parze z obyciem kulturalnym czy z lekkością rozmowy na tematy inne niż fizyka szeroko pojęta. On się przysuwał, ja się odsuwałam, po godzinie w końcu brakło mi kanapy. So pretty, so sexy, so nice, so nice, so sexy, so pretty. I kiedy płacz pomieszany z irytacją miałam pod wierzchem,  poczułam, że coś niezdarnie krąży w okolicach mojej piersi. Hey, why you bother, you wanna grab it? Just grab it. Położyłam jego dłoń na mojej piersi. Niestety, zażenowana poczułam się tylko ja. Uciekaj, uciekaj, uciekaj! Nie byłam w stanie znosić tego przedstawienia ani sekundy dłużej.

Czy mógłbyś kupić mi papierosy? Proszę. To był najprostszy sposób, by choć na moment zostawił mnie w spokoju. Kiedy wyszedł, założyłam płaszcz, położyłam na stoliku dwadzieścia złotych. Przy barze uregulowałam swoją część rachunku. Pół godziny później paliłam mentolowego Vogue Frisson w toalecie w pociągu podmiejskim, wściekła na siebie, na życie, na wszystko. Godzinę później ubrana w piżamę, tuliłam moje zwierzęta.

O piątej nad ranem doszłam do wniosku, że Tinder to może wcale taki głupi pomysł nie jest. Proste zasady, karty na stół. Mogę odpuścić moje pragnienie miłości, która odbiera rozum i wypełnia serce, która sprawia, że chcesz pokonywać swoje słabości, która napędza, daje siłę, kiedy tej zaczyna brakować. Całe to romantyczne zmanierowanie chciałam w tamtym momencie skreślić i to raz na zawsze, bo przecież jedynie tak mogło być lepiej. Dla wszystkich.

Pierwszy profil w lewo, drugi w lewo… Trzeci… I oto widzę tę charakterystyczną poszetkę, to zdjęcie, którego autora już kojarzyłam, to dobre wrażenie, które na mnie wywarł. Nie rób, nie rób, bądź profesjonalna – ­powinien był myśleć rozum. Ale czego się spodziewać po szarych komórkach, kiedy niebawem będzie świtać?

Nim dostanę odpowiedź, już mam przepracowany scenariusz ze złamanym sercem, odrzuceniem i wstydem w tle. Klatkuję te wydarzenia niemal z taką samą starannością, z jaką opisuję potencjalnych bohaterów moich książek, każdą emocję mam rozpisaną zanim się jeszcze wydarzy, jestem przynajmniej dwadzieścia kroków i kilka miesięcy przede mną samą, dlatego, kiedy dostaję wiadomość, już wiem, że znów pora uciekać…

Tak topnieje duma. Nobla w architekturze nie przyznają. Dorosnę. Kiedyś.

Przeklęte 75F.

Say you, say me

Stoimy z matką na cmentarzu przy skrzyżowaniu głównych alejek, umówione jesteśmy na piętnastą. Zima w tym roku nie ma litości i zamiast grudnia mamy niekończący się listopad, który zacina ostrą mżawką. Niczym nieoprószone, wręcz łyse drzewa wyglądają przerażająco. Przestępuję z nogi na nogę, nie palę już jakiś czas, więc jedyne, o czym teraz mogę myśleć to ten cienki, mentolowy dawca przyjemności. Marzę o tym, by spokojnie się zaciągnąć i po cichu zdecydować czy od dymu chce mi się wymiotować, czy może jednak kocham ten nałóg. Toksyczne związki wychodzą mi najlepiej, prawda?

Wyglądasz ostatnio jakoś tak bardzo dobrze – mówi matka i wyrywa mnie tym samym z tytoniowej tęsknoty. Zanim zdążę wyjść z szoku i powiedzieć, że dziękuję, to pewno ta kurtka albo nowy podkład, przechodzi sprytnie do kontrataku, ale co ci nie leży w tym nauczycielu matematyki? Mam ochotę odpowiedzieć, że wszystko, udaję jednak, że nie usłyszałam pytania. Zobacz, jest już kamieniarz. 

Chwilę później kręcimy się nad grobowcem rodzicielki in statu nascendi, niestety fachowiec zapomniał miarki, więc ponownie mamy skromną chwilę dla siebie. Deszcz atakuje coraz bardziej, a i Dorota też nie odpuszcza. Dziecko, ja naprawdę rozumiem – przemawia – zawsze byłaś dziwna, ten za niski, tamten za głupi, przed jednym się nawet do szafy schowałaś, pamiętasz?!, ale teraz to już przesadzasz, tylu się koło ciebie kręciło i sama jesteś w tym wieku! Córciu, masz już ponad trzydzieści lat, powinnaś się na coś zdecydować, życie sobie ułożyć… Nie młodniejesz. Po tych słowach zaczynam rozumieć dlaczego moi znajomi nie chcą, bym ich pocieszała czy udzielała rad. Empatia w naszej rodzinie dziedziczona jest po kądzieli. Zdecydowanie.

Zobacz, jest już kamieniarz. Mężczyzna niemal biegał wokół nagrobka, roztrząsał z matką sprawy życia i śmierci oraz toczył wywód o atrakcyjności granitu Star Galaxy Premium z Indii, podczas kiedy matka upierała się na rodzimą produkcję ze Strzegomia. A Pani co myśli? Nagle oboje na mnie patrzą.

Cóż, ja to, proszę Pana, myślę, że są mężczyźni, którzy kupują swoim żonom na rocznicę samochód czy kolię z diamentów, a, widzi Pan, moja matka dostanie grobowiec. Po tych słowach twarz Doroty Barbary przybiera kolor Bohus Red prosto ze Szwecji. Kamieniarz śmieje się w głos, by za chwilę skonstatować z powagą, że za ten nagrobek to kupiłby jakiegoś, on nie wie, Fiata 500 na przykład. Jeśli idzie o ten segment, to powiem Panu, że tylko MiTo. – nie odpuszczam, bo kto się alfisti urodził, ten alfisti umrze (skoro już kręcimy się w nekroklimatach).

Wracając, ucinamy sobie z matką spacer po cmentarzu. Odwiedzamy dziadków i kilka dni wcześniej zmarłą ciotkę. Ten rok obfitował w pogrzeby i zaskakujące śmierci. Straciłam kilku kolegów, w tym jednego, którego naprawdę bardzo lubiłam i mieliśmy dobre relacje od czasów liceum. Myślę o nim, przypominam sobie wspólne imprezy i ten studencki półmetek, na który przebrałam się za Lorda Vadera w dresie. Z każdym krokiem czuję się przytłoczona i rozbita jakby bardziej, zaczynam myśleć, że może faktycznie powinnam się na coś zdecydować.

Nie wiem czy to przez rozstanie z papierosami, słowa matki, czy może tak działa uroda nekropolii sama w sobie, ale wieczorem wysłałam wiadomość do mojego nauczyciela matematyki, że OK, w czwartek zamiast przy algebrze możemy posiedzieć przy piwie. Nie zdążyłam odłożyć telefonu, kiedy dostałam odpowiedź. How cool is that?!

Chyba raczej nie bardzo, bo na spotkanie nie założyłam nawet obcasów. A od obcasów na randce nie powstrzymują mnie nawet zlodzone chodniki i pięćdziesięciocentymetrowa warstwa śniegu… Zazwyczaj.


Autorem grafiki, którą wykorzystałam w tym wpisie, jest Melissa Harvey. Melissa inspirowała się obrazem Edwarda Hoppera Nighthawks. Tak na marginesie, to Hopper niesamowitym malarzem był. Jednym z moich ulubionych.

Superbia ante lapsum

Marta odezwała się do mnie jakiś czas temu z pytaniem czy nie zechciałabym jej opowiedzieć o moich doświadczeniach. Nie jestem szczególnie asertywną osobą i pomimo wątpliwości, które naszły mnie jeszcze w trakcie naszej rozmowy, uznałam, że skoro beztrosko żachnęłam się na nie ma sprawy, to teraz nie wypada mi się z niczego wycofać. Zatem jestem i piszę. Marta oczekiwała czystej emocji, ku przestrodze, a emocje są tym, w czym grafomani robią niemal całe życie, zatem do rzeczy…

***

To wszystko zaczyna się dość niewinnie. Pierwsze miesiące, w których twoja firma osiąga stabilizację finansową i realny dochód, który może przełożyć się na wakacje na egzotycznej wyspie lub flakonik luksusowych perfum, sprawiają, że popadasz w mniejszą lub większą euforię. Przecież pracujesz już jakiś czas na swoje efekty, twoja firma powoli staje się źródłem dochodu dla nowych pracowników, a ludzie na ulicy pierwsi mówią ci dzień dobry. Wysłużonego Swatcha, którego nosiłaś od studiów, zamieniasz na Tissota, a potem, jak będzie lepiej, planujesz nabyć tańszą Omegę, choć jeśli będziesz mieć dobre zamknięcie roku, to może nawet się uda kupić chronometr od Breitlinga.  Zaczynasz rosnąć, ludzie mają cię doceniać i widzieć, a status należy podkreślać, a co lepiej go podkreśli niż taki dodatek? Tak uważałam. Naprawdę. Głupio, nie?

Nie myślałam w tym czasie, że to firma (a nie ja) ma rosnąć w siłę, a jej status materialny najlepiej podkreślą faktury zapłacone na dwa miesiące do przodu. To powodzenie buduje cię i gubi jednocześnie. Owszem, pierwsze trzy lata prowadzenia firmy płaciłam swoje faktury z miesięcznym lub dwumiesięcznym wyprzedzeniem.  I przyznam szczerze, że lubiłam ten moment, kiedy siadałam do rozliczeń i wiedziałam, że w wielu firmach jestem lubianym klientem, bo nie było ze mną żadnych problemów. Jeszcze.

Zamiast jednak zrobić konkretny biznesplan, który określiłby kolejno stopnie rozwoju, wybierałam się na weekendowe zakupy.

Bo przecież panie w ęą drogeriach już znają cię z imienia i nazwiska oraz obsługują jak królową. Powoli „szmaty” z sieciówek zaczynają wydawać się tanie (i wcale nie mam tu na myśli ceny), dlatego ubrania zaczynasz kupować jedynie wtedy, kiedy zadzwonią do ciebie z butiku z ofertą nocnej wyprzedaży, o której nikt nie wie.

Nowym standardem staje się kosmetyczka, manikiurzystka oraz fryzjer raz w tygodniu. Przecież jest dobrze, przecież wszystko rośnie. Głównie ego, ale o tym przekonasz się dopiero za jakiś czas. Na tę chwilę tłumaczysz sobie, że przecież nie masz dzieci, nie masz zobowiązań, więc na co miałabyś wydawać pieniądze, jeśli nie na siebie? No właśnie.

I to jest ten moment, w którym bardzo wypada pochylić się nad swoimi działaniami i zastanowić się dokładnie nad tym, czego oczekujesz od swojego biznesu, jak widzisz go za kilka lat i że żywioł, który czasem sprawdza się w relacjach z ludźmi, niekoniecznie jest dobry w biznesie. Jednak zamiast trzeźwej kalkulacji i bez pomysłu co dalej, obsługiwałam coraz większe budowy, wydłużałam moim klientom terminy płatności,  bo wciąż przecież miałam płynność finansową, nie było problemów z VAT czy PIT,  mogłam odrabiać koszt zakupu magazynu etc. Żyć nie umierać, prawda?

Ci, którzy mówią, że pycha kroczy przed upadkiem, mają rację. Pamiętaj o tym, kiedy zaczniesz prowadzić swoją firmę, kiedy zachłyśniesz się pierwszymi poważnymi pieniędzmi, kiedy uznasz, że już cię stać na nowy samochód czy kupno mieszkania. Powiem Ci coś teraz niezbyt miłego: jeśli nie masz na koncie pieniędzy, które bez uszczerbku dla twojego statusu pokryłyby te zobowiązania, to wierz mi – nie stać cię. Stać cię co najwyżej na zaciągnięcie kredytu, a to ogromna różnica.

W końcu i mnie skończyła mi się nadwyżka wynikająca z kosztów magazynowych, ale w nagrodę trafiłam na dużą budowę i nabrałam (błędnego) przeświadczenia, że oto ona: moja szansa na wejście w świat transakcji nie mniejszych niż z pięcioma zerami. Ale przede wszystkim to był dobry moment na przejście z FHU na spółkę kapitałową, która miałaby odrębną osobowość prawną oraz dzięki aportowi swój majątek. Jednak czym tu się martwić? Są pieniądze, jest płynność, będzie dobrze. A już na pewno będzie jakoś. Więc zostało po staremu.

Kredyt wcale nie wydawał mi się taki straszny, bo wszyscy coś mają w kredycie. Obrotówka to synonim posiadania konta przez mikro przedsiębiorców, więc w czym problem? Przecież to się spłaci, klienci mi zapłacą (potem dowiem się, że owszem, zapłacą, ale kiedy indziej), nie ma nad czym zbyt długo myśleć, inny klient wiecznie na towar czekał  nie będzie.

Zatem, by nie tracić tak wyśrubowanej samooceny, zaciągnęłam kredyt obrotowy, który zamiast wybić mnie na wyższy poziom, wybił mnie z rytmu. Jak za dotknięciem magicznej różdżki klienci (i to dziwnym zbiegiem okoliczności ci najwięksi) nagle przeciągali płatności, jeden oznajmił, że nie zapłaci wcale, bo właśnie ogłasza upadłość, a jeszcze inny przestał odbierać telefon. Ja natomiast zostałam zobowiązana do uiszczenia podatków: dochodowego oraz VAT od faktur sprzedaży, za które pieniędzy nie otrzymałam oraz z comiesięczną opłatą za prowadzenie kredytu odnawialnego w rachunku firmowym. Tłumaczyłam sobie, że zawsze to mogę wrzucić w koszty, ale na co mi były koszty, skoro realnych pieniędzy było coraz mniej? Że mam jeszcze rok na spłatę, że przecież wciąż się rozwijam. Tymczasem musiałam utrzymać pracowników, samochody firmowe oraz stan magazynowy, by móc handlować i obracać gotówką tak, by na wszystko starczało.

I tak powoli zaczęło się moje finansowe szarpanie i osuwanie w dół, by finalnie porwała mnie lawina. Kiedy podejmujesz decyzję o finansowaniu swoich biznesowych poczynań kredytem nie zdajesz sobie sprawy z wielu konsekwencji. Nie liczysz się z tym, że możesz stracić zdrowie (to mi się przytrafiło), nie bierzesz pod uwagę tego, że zaciągając kredyt, jednak powinieneś choć trochę pomyśleć nad realnym rozwojem firmy, nad zwiększeniem obrotów, dokładnym przeliczeniem kosztów uzyskania przychodu, wreszcie nad zwiększeniem samego dochodu. Musisz wziąć pod uwagę, że zawsze może zmienić się prawo i twój majątek pomniejszy się drastycznie albo stanie się wręcz niezbywalny. Musisz rozważyć kwestie zabezpieczenia wynagrodzeń pracowników, kwestie odłożenia pieniędzy na podatki i na ewentualną utratę płynności finansowej. W końcu musisz wiedzieć, że twoja wartość netto to tak naprawdę bujda na resorach i jesteś wart tyle, na ile wyceni cię rzeczoznawca komornika (minus ¼ wartości w pierwszej licytacji, a następnie minus 1/3 w powtórnej) i wierz mi, nie znam takiego, który wyceniłby cię w stu procentach realnie.

Chcesz utrzymać swój status materialny czy go poprawić, powodując już na starcie saldo ujemne? Nie twierdzę, że finansowanie kredytem to zawsze błąd. Nie twierdzę też, że nigdy przenigdy tego nie zrobię powtórnie. Nie wiem jak będzie wyglądał mój biznes za kilka miesięcy i na czym finalnie będę chciała zarabiać. Jednak moje podejście do finansów i robienia biznesów w ogólności bardzo się zmieniło. Polskie hygge, czyli, że jakoś to będzie, że przecież niskie raty, ileś tam lat na spłatę, obrotówkę można zawsze odnowić – wszystko to sprawia, że nie wyczuwasz zagrożenia na czas, a nawet jeśli coś zaczyna ci świtać podczas wieczornych kąpieli, to najczęściej zdarza się tak, że zignorujesz te sygnały i polecisz w wielką przepaść. Większą niż biznes, który nie udaje się z braków środków. Bo jeśli już na początku coś nie styka w tabelce w Excelu, to nie ma możliwości by spięło się w realnym świecie. Zaciągając kredyt nie możesz wyłączyć czujności, wręcz przeciwnie – Twoja czujność musi się zwiększyć. Kredyt może być bombą z opóźnionym zapłonem, która rozsadzi Twój biznes w kilka miesięcy. I wcale dobrze nie będzie, bo to bank narzuci ci wysokość raty podczas renegocjacji warunków. I nikt nie będzie miał nad tobą litości. Wierz mi.

Pisząc o moich głupich wydatkach, niefrasobliwym podejściu do pieniędzy i zabezpieczenia finansowego, nie chciałam powiedzieć, że och, ach, taka byłam świetna i w ogóle to żal, że nie pisali o mnie na pudelku. Chciałam powiedzieć, że pewien chaust materialny sprawia, że przestajemy widzieć sprawy trzeźwo. Gubimy gdzieś prawdziwy zdrowy rozsądek i bycie (przetrwanie) zastępujemy chęcią posiadania lub chociaż utrzymania swojego statusu materialnego, godzimy się na ryzyko, które może nam więcej zabrać niż podarować. Jedyny plus jest taki, że przez problemy finansowe i bankructwo nauczyłam się o biznesie znacznie więcej, niż kiedy bardzo dobrze mi się powodziło. I tak, chcę do biznesu wrócić i zarobić milion w 2018 roku, chociaż wiem, że pół milona też będzie fajne. Albo chociaż sto czy dwieście tysięcy.

I nieważne, że pięć lat temu dokumenty kredytowe podpisywałam w dżinsach Armani, szpilkach Louboutin i idealnie leżącym płaszczu Marc O’Polo, a pod bank przyjechałam czarną, sportową Giuliettą (scudetto per sempre, alifisti człowiek się rodzi i pozostaje na całe życie 😉 ). Ważne, że ugodę z bankiem zawierałam będąc ubrana w trampki za 18 złotych oraz koszulę z secondhandu, a przyjechałam tramwajem. Na gapę.

Rozumiesz, co chcę ci powiedzieć?

 


Ten tekst powstał na prośbę Marty Rożek – mentorki i konsultantki finansowej. Marta prowadzi blog o nazwie ESNANIF oraz grupę Finanse i Biznes – grupa doradcza dla kobiet ESNANIF. Zachęcam Was do odwiedzenia Marty, bo robi kawał dobrej roboty. 🙂

Marta chce mnie wziąć w obroty jeszcze kilka razy i wyciągnąć ze mnie opowieści o wszystkich błędach, które popełniłam podczas prowadzenia firmy i które doprowadziły mnie (mniej lub bardziej świadomą tego, co czynię) do upadku. W przyszłym tygodniu na grupie Marty odbędzie się live oraz pojawią się inne wpisy, planujemy także nagrać podcast. O wszystkim będę Was informować na bieżąco.