PRZEMYŚLENIA WIECZORNE


No to wjechałam w 2017 rok z nie lada przytupem. W pudłach, bałaganie i lekkim popłochu. Nie umiałam sobie wyobrazić jak to będzie, kiedy TO już się stanie. Kiedy zgaszę światło w mieszkaniu numer szesnaście i zacznę od nowa…

Martwiłam się o te moje szaro-białe zwierzęta, o te trzy pary oczu, które co rano biegły do kuchni, by zasygnalizować, że to czas najwyższy, by wstać, już, teraz, natychmiast i napełnić im żołądki. Dwa razy konserwa i raz miska suchego – dla kotów, dla psa gotowane mięso z warzywami, świeża woda dla wszystkich. Prawdę mówiąc, czasem myślę, że one uratowały mi życie. Momentami (i są to te momenty, kiedy akurat ich nie nienawidzę za to, że znów obudziły mnie o piątej dwadzieścia) jestem im wdzięczna, ponieważ zdarzały się dni, kiedy jedynym uzasadnionym powodem, by zwlec się z łóżka była właśnie pora karmienia, a spacery z psem stawały się argumentem, przez który w ogóle zmuszałam się do wyjścia z domu, uczesania się oraz założenia na siebie czegoś innego niż wyplamiona piżama.

Martwiłam się, że zagubione nie odnajdą się na trzykrotnie skurczonej powierzchni, że te nowe warunki wpędzą je w podły nastrój. Równie podły jak ten mój, kiedy skrupulatnie wywalałam wszystko, z czym nie wiedziałam co zrobić.

Moja szafa składa się obecnie z jednej pary spodni, kilku koszulek, dwóch swetrów i dwóch bluz. Zostawiłam strój pływacki, kilka par butów – sportowych koniecznie. Jeden puchowy płaszcz. Kosmetyki? Mam ich tyle, ile zmieściło się w małej, drogeryjnej reklamówce. Biżuteria, kolekcja zegarków, bibeloty – wyleciały z mojego życia z hukiem, a huk ten przyniósł dość niespodziewaną ulgę. Porozdawałam, posprzedawałam, wyrzuciłam  wszystko, co mogłam. Spokój to jedyne co czułam, słysząc dźwięk worka lądującego w kontenerze. Może wyleczyłam się z sentymentów? Nie poczułam się odrodzona, żadne tam duchowe oświecenia.

Jesteśmy na nowym od niecałego tygodnia, koty zawłaszczyły wszystkie parapety i wolne pudełka, a ich przestrzeń zamiast zmaleć, powiększyła się. Oznak traumy brak. Pies radośnie, z pełnym oddaniem stróżuje przy bramie i daje głos, w końcu poczuł się kierownikiem magazynu. Ulżyło mi.

W ferworze przeprowadzkowym natrafiłam też na stare zapiski. Niestety nie wszystkie; w 2012 roku mój stary laptop był się wziął i spalił. Razem z książką, nad którą wówczas pracowałam. Udało się uratować jakieś nie do końca dobre resztki i zapiski. Cóż, przeczytałam to, co zostało i … zamarłam.

Z tych dwudziestu paru ocalałych wpisów blogowych wyłania się obraz nieszczęśliwej, pogubionej kobiety. Kobiety gotowej na wszystko, byle ktoś ją chciał, byle wziął i zaopiekował, byle był. Kobiety, która wcale nie chciała dowiedzieć się kim jest, wiedziała jedynie, że jest sama. Kobiety, która wcale nie zauważyła, że staje się dojrzała. Patrzyłam w ekran, łapałam powietrze, oblewałam się to rumieńcem, to złością, bo nagle dotarło do mnie jak bardzo kochałam tarzać się w bagnie wypełnionym nieszczęściem. Nagle wróciły do mnie wspomnienia, ci wszyscy mężczyźni, w których koniecznie, na siłę wręcz, chciałam widzieć miłość. Chciałam być przez nich ocalona, więc dawałam się stracić; kładłam głowę na szafot niepotrzebnych, bezsensownych znajomości i czekałam. Ale nikt się nie pojawiał.

Przypomniał mi się też komentarz, który zamieścił jeden z moich czytelników.Twój blog jest zapiskiem bolesnej samotności. Wówczas w ogóle nie rozumiałam jego sensu, bo uważałam, że prowadzę życie zimnej suki, która nie bawi się w poważne relacje. Tylko czasem, codziennie może nawet, zdarzało mi się beczeć w poduszkę wieczorami i rozpaczliwie zabijać czas, pisząc o mężczyznach, którzy w sumie niczego ode mnie nie chcieli i wiele dla mnie nie znaczyli. Wyuczyłam się pozy, przekonania, że miłość musi być koniecznie na haju, że musi boleć, bo jak boli, to znaczy, że czujesz. A jak czujesz, to przecież żyjesz. Nie żyłam.

Foma, gdziekolwiek jesteś, zobacz jak zapadłeś mi w pamięć, a minęło niemal dziesięć lat, osiem, siedem? A tak w ogóle to cześć. Jeśli kiedykolwiek tu zabłądzisz, to wiedz, że wciąż czytam Twój blog.

Nie do końca emocjonalnie rozsądna narracja stała się kawałkiem mnie. Przeorała mi myślenie o sobie i narzuciła pewien, dość ponury, styl bycia. Chciałabym powiedzieć, że nad tym ubolewam, że żałuję, ale nie jestem w stanie. Taka byłam i na to już nie mam wpływu. Mogę jedynie uważać, by nie popadać w przesadną emfazę, labilność zbywać dancingową piosenką miłosną, przymykając oczy i tańcząc, kiedy nawet ktoś patrzy. Wyciskacze łez też już nie dla mnie, chociaż Cave na zawsze będzie miłością mojego życia. Zapiski sprzed lat zostały natomiast podpięte pod tego bloga, bym pamiętała. Pamiętała, że nigdy więcej. Albo wcale. Taki osobisty IPN.

Oprócz emocjonalnego spaprania dotarło do mnie coś jeszcze. Otóż to, jak bardzo zmienił się styl prowadzenia blogów. Kiedyś blogi po prostu się pisało albo nie, czytelnicy pojawiali się albo nie, komentarze były albo nie. Obecnie blog to tylko przybudówka, wstęp do zbudowania na tym nieźle prosperującego biznesu. Blog musi mieć myśl przewodnią, zasięgi, potrzebuje tysiąca profili na różnych portalach, UX i SEO. A ja bardzo lubiłam pisać dla samego pisania, lubiłam tytułować notatki cytatami z piosenek, które towarzyszyły mi podczas napadów grafomanii. I uznałam, że przy tym zostanę, przy tym niewymuszonym i nieskrępowanym pisaniu o tym, na co właśnie mam ochotę.

Założyłam ten blog po to, by móc opowiedzieć komuś moją historię. By dotrzeć do ludzi, którzy podobnie jak ja zaczynają od zera lub na minusie (a wcale już tacy młodzi nie są), którzy nie wiedzą co zrobić dalej ze swoim życiem, bo ono ich po prostu przerosło. Chciałabym, aby to miejsce było świadkiem tego, jak powoli ogarniam siebie, swoją głowę i lajfstajl w ogóle. Jak być może w końcu znajduję swoją drogę i nabieram odwagi, by nią podążać. I nie zawracać. Nie ukrywam, że bardzo bym chciała pisać o sprawach związanych z prowadzeniem firmy, choć mam tu na myśli błędy, które można popełnić, kiedy się chce, ale się nie umie albo nie ma doświadczenia. Chciałabym pisać o tym, jak zaczynam budować swoje nowe miejsce pracy, jak ono się rozwija albo nie. Chciałabym publikować swoje zdjęcia i być może po roku odnotować jakiś postęp. Może chciałabym zorganizować jakiś webinar, żeby pogadać z ludźmi, a może zorganizować jakiś wypad dla tych, którzy też właśnie zaczynają swoje życie 2.0. Chciałabym znaleźć siłę w tym, co mi tę siłę odebrało.

Dlatego, robiąc sobie trochę na złość, pewno zrezygnuję ze stockowych, choć bardzo ładnych obrazków. W nagłówkach lub tytułach będą tradycyjnie wyrywkowe cytaty, a w tekstach będą czasem poukrywane linki – do muzyki, artykułów, tego, co mnie właśnie w danym momencie zainspirowało. To nie ma być miejsce, w którym będzie smutno, źle i ogólnie przygnębiająco. Chciałabym, żeby moja historia dawała komuś nadzieję, chęć do zmian i działania, a może ktoś, dzięki tym wpisom, uniknie moich błędów. Po to ma być to miejsce. Jeszcze nie do końca wiem jak ma wyglądać, ale jestem pewna tego, jaki ma mieć przekaz.

Dzisiaj natomiast opłaciłam ostatnie faktury za liczniki w mieszkaniu numer szesnaście. Skończyłam pisać ten rozdział. Zaczynam następny. Ale jednak nie od nowa…