POZNAJMY SIĘ


Zima 2016.

Naprawdę długo zastanawiałam się od czego powinnam zacząć ten wpis, pisałam, kasowałam i tak wiele razy. Nie chciałam, żeby wypadł szczególnie pompatycznie. Chciałam natomiast, żeby coś o mnie powiedział, być może też między słowami. Wciąż nie wiem czy jest dobrze.

Urodziłam się 22 grudnia 1982 roku o godzinie 15:50 i prawdopodobnie już wtedy moja matka umęczona porodem, widząc mnie pierwszy raz wyjęczała dziecko, powinnaś schudnąć… A potem to już miałam typowe dzieciństwo jedynaka w nauczycielskim domu. Jak idziesz, nie garb się, nie czytaj przy jedzeniu, nie chrup, nie chlip, no przecież mówiłam wyprostuj się, nie trzaskaj drzwiami, przy jedzeniu może czytać tylko matka, w ogóle to nie jedz tyle, jak ty się ubrałaś, w sylwestra masz wrócić przed dwudziestą drugą, czy ty znów przytyłaś? I tak aż do studiów. Oczywiście, że dostałam się na te wymarzone i wydawało mi się, że indeks sprawi, że będę wolna; świat sam położy się u mych stóp i nic mnie nie powstrzyma. Będę studiować, będę taka ważna, dorosła, niezależna. Będę królową życia. Wszystkich żyć.

Szybko okazało się, że wyśniona Alma Mater szczęścia mi wcale nie dała. W dziwnie niezauważalny sposób stała się szesnastotonową kulą u nogi, zapalnikiem wywołującym frustrację, która przeradzała się to w złość, to w histerię. Ile razy próbowałam ją rzucić, tyle razy do niej wracałam z podkulonym ogonem, przepraszając i płacąc za każde potknięcie, bo próżność, bo ludzie coś o mnie powiedzą, bo coś tam i coś tam jeszcze. Te argumenty nie miały nigdy tak naprawdę żadnego znaczenia, ale na bezmyślną, nieempatyczną szarpaninę ze sobą samą zmarnowałam ponad dziesięć lat. Niczego tym nie osiągnęłam. Nie zostałam magistrem. Nie umiałam tego przeskoczyć. To był najbardziej toksyczny związek w moim życiu.

To wydumane niespełnienie od zawsze mnie popychało do gonienia za tym cholernym, niedefiniowalnym czymś i w bliżej nieokreślonym kierunku. Musiało być koniecznie bez wytchnienia i nie mogłam – pod żadnym pretekstem – osiadać w spokoju. Wciąż walczyłam z rozczarowaniem, smutkiem, tęsknotą, pustką. Dlaczego, za czym? Nie wiem. Naprawdę.

Relacje z mężczyznami też nie dawały mi długotrwałej satysfakcji, bo i jak miały dawać, skoro wybierałam zaburzonych, labilnych „intelektualistów” lub takich, których żony nie rozumiały i wcale ze sobą nie spali. Sama zresztą też szczególnie normalna nie byłam. Ale przecież chodziło o emocje. Obligatoryjnie emocje musiały odbierać rozum, bo przecież emocje to podstawa każdego wielkiego romansu. Romans – piękne słowo, szkoda, że tak bardzo szczypało w praktyce…

A, i byłabym zapomniała! Praca! Praca w moim przypadku to też jakiś szalony quickstep. Wszystko bez przemyślanej choreografii i tańczone poza rytmem. Nigdy nie robiłam tego, co sobie wypisałam w sekretnym pamiętniczku. Zatem nie zostałam pisarką, nigdy nie zagłębiłam się w fotografię i nigdy nie prowadziłam życia niezależnego od czegokolwiek nomady. Tego po cichu pragnęło moje serce. Tymczasem moje rozdęte do granic i regularnie drażnione przeze mnie ego pragnęło gromadzić i błyszczeć, choćby tombakiem. Rozdarcie pomiędzy mieć, mieć coraz więcej, pokazywać, udowadniać, a tym, by po prostu być w żaden sposób nie ułatwiało mi podejmowania decyzji dobrych dla mnie. Może teraz byłoby inaczej, gdybym dziesięć lat temu zdecydowała się jednak dowiedzieć kim naprawdę jestem i czego potrzebuję, jaka powinna być moja ścieżka. Zamiast tego, tak jak wszyscy, poszłam na etat. I wytrzymałam kilka miesięcy. Dwa lata później, trochę przypadkiem, założyłam swoją firmę; to był chyba najgorszy z moich wszystkich pomysłów.

Na chwilę obecną jestem bankrutką, która ma kilka złotych w portfelu. Dzielę je po równo między łaciatego psa oraz dwa koty. Nie mam swojego dachu nad głową, a to jak bardzo go nie mam jest wciąż sprawą rozwojową i mogę go (tego dachu nad głową w sensie) nie mieć jeszcze bardziej.

Pomyślałam sobie zatem, że w prezencie urodzinowym zacznę pisać. Tym razem już na pewno, bez odwołania, bez wymówek. Na tej myśli zleciały mi dwa albo trzy lata, nie pamiętam. Ale oto jestem i raz w tygodniu uczęszczam na terapię, bo podobno to, co mnie dręczy nazywa się osobowością z pogranicza. Dałam sobie 365 dni na to, żeby sprawdzić ile mogę  zmienić w swoim życiu.

Ja. Karolina. Obchodząca dziewiętnaste urodziny w dniu, w którym zmarł Grzegorz Ciechowski. Jego serce wówczas było zapewne tak mocno przerażone, jak moje jest obecnie…

Czytelniku, dzień dobry.

 

  • 21/12/2016
  • 0

PODOBNE WPISY

SIŁA JEST KOBIETĄ
21/10/2017
JAK SZUKAĆ FACETA PO TRZYDZIESTCE
18/10/2017
NIGDY WIĘCEJ
16/10/2017
730
12/10/2017
I’M HERE AND I’M HUNGRY
20/09/2017
NIKT TAK PIĘKNIE NIE MÓWIŁ, ŻE SIĘ BOI…
18/09/2017
JAK BYĆ PRAWDZIWYM BLOGEREM
11/09/2017
BANKRUTEM BYĆ…
06/09/2017
DZIEŃ ŚWISTAKA 2.0
26/07/2017
Karolina
O autorce

Pisarka z urodzenia. Fotografka z wyboru. Trudny charakter. Jeden polski owczarek nizinny. Dwa koty syberyjskie. Oto moje życie 2.0. Jeśli spodobał Ci się mój tekst, to daj mi o tym znać klikając w tę małą ikonkę poniżej. Dziękuję. :-)