MIESIĄC PÓŹNIEJ


… zasuwam przez miasto z aparatem i blendą przerzuconymi przez ramię, mam rumieniec na twarzy i ogólnie jestem rozemocjonowana. Nowe buty obcierają mnie do krwi, ale to mi nie straszne, bo mogę pracować na bosaka, no przecież, no jasne. Na chwilę przystaję, podnoszę wzrok i nie widzę ani majestatu Mickiewicza, ani dostojności krakowskiego bruku. Gnam przed siebie nakręcona i chętna, a jedyne co do mnie dochodzi to fakt, że jestem dwadzieścia minut spóźniona. Przyspieszam, ale krwawiąca pięta skutecznie mnie hamuje. Cholerne duże miasta i ich zapchane arterie, cholerne nowe buty…

Wieczorem zmywam makijaż (czy niestarannie nałożony puder oraz pomazane tuszem oczy można nazwać makijażem?). Patrzę w lustro, przybliżam się i oddalam. Widzę nowe zmarszczki i kilka siwych włosów, wzdycham. Przecieram się jeszcze raz płynem micelarnym, nakładam krem. Myję zęby. Do łóżka kładę się zadowolona.

Przed snem nachodzi mnie myśl co by było, gdybym wcześniej zdecydowała się na leki? Co by było, gdybym nie kopała się sama ze sobą przez ostatnie dziesięć lat? Co by było, gdybym jednak przyznała się, że jestem słaba, że życie mnie przerasta, że im głośniej manifestowałam radość życia, tym bardziej się pogrążałam w stanie, którego nie potrafię określić słowami, a do którego na pewno nie chcę wracać. Co by było gdyby? Czy dzisiaj ma to jakiekolwiek znaczenie?

Nie pamiętam dokładnie kiedy zaczęła się moja depresja, kiedy stoczyłam się w emocjonalną atrofię, kiedy przyjęłam, że smutek, towarzyszący mi od tygodni, miesięcy, lat to stan naturalny, więc po co to zmieniać i to jeszcze radykalnie?! Nie wiem dlaczego uznałam, że takie zapadanie się jest normalne, że nic już z tym nie zrobię, więc muszę nauczyć się z tym żyć. Przecież raz próbowałam się ratować: odbębniłam dwa lata terapii, która popchnęła mnie w jeszcze głębszą emocjonalną labilność. Punkt zwrotny? W grudniu zeszłego roku trafiłam do specjalistki, która prawdopodobnie uratowała mi życie i przeprowadziła mnie przez ostatnie, bardzo trudne miesiące. Trafiłam z przekory, bo nie mogłam uwierzyć, że to całe borderline, zdiagnozowane po 30 minutach z  rozmowy z przypadkowo wybraną terapeutką, to o mnie i że teraz jestem świrem, mam na to papier i w ogóle to mogę sobie rezerwować apartament na Babińskiego…

Dzisiaj natomiast czuję się jakbym wyjęła głowę spod wody, dźwięki stały się wyraźniejsze, obrazy bardziej kolorowe. Smaki, zapachy, radość z drobnych spraw – to wszystko jakby do mnie przyszło, bo nie mogę powiedzieć, że wróciło. Zapomniałam  jak to jest, kiedy chcesz wyjść z domu, kiedy chcesz zrobić coś ładnego, coś dobrego, coś dla siebie. Odkrywam to wszystko trochę na nowo, a trochę jakbym poznawała do siebie. I godzę się z sytuacją, godzę ze swoim życiem. Zasypiam.

Mam po co wstawać. Nareszcie.

P.S.

Spokojnie, nie ma się co podniecać, nie trafiłam nagle do wesołego miasteczka zasilanego escitalopramem, nie zasuwam w kółko na migocącej karuzeli nafaszerowanej trazodonem. Nie, bo nie, jednorożce przecież nie istnieją.

Karolina
O autorce

Pisarka z urodzenia. Fotografka z wyboru. Trudny charakter. Jeden polski owczarek nizinny. Dwa koty syberyjskie. Oto moje życie 2.0. Jeśli spodobał Ci się mój tekst, to daj mi o tym znać klikając w tę małą ikonkę poniżej. Dziękuję. :-)