DZIEŃ ŚWISTAKA 2.0


Oczy mi się kleją, a w nadgarstkach mam lekkie zakwasy. Nie wiem czy jest piątek, a może to już niedziela, czy skończył się lipiec, ile zostało do jesieni? Pourywane wiadomości, zarwane noce, poszarpany rozkład dnia. Wszystko nabrało rozpędu, a ja usiłuję nie zwariować.

Budzę się wieczorem i znów siadam do wysłużonego laptopa, który nie ma już alt ani numlocka, z wytartymi spacją i touchpadem. To on pośredniczy między pomysłem, a jego urzeczywistnieniem, jest powiernikiem wszystkiego, co obecnie planuję. Książka, studio fotograficzne, portal – wszystko nabrało rozpędu, modlę się tylko, by nic nie wypadło z torów i nie skończyło się katastrofą. Żeby teraz było inaczej niż zawsze.

Uczę się panować nad czasem, kształcę się, uczęszczam na szkolenia. Piszę, fotografuję, wymyślam. Tworzę biznesplany, rozkłady, mapy myśli. Poznaję ludzi, kobiety – wspaniałe i mądre, nastawione na działania i zmianę. Łączy nas cel, choć ścieżki do niego mamy różne. Mobilizuję się, staram się nie schodzić z wysokich obrotów, ale organizm ma swoje zdanie i padam z wycieńczenia w najmniej spodziewanych momentach. Zdarza się, że nawet na cały dzień.

A potem budzę się w środku nocy i jak gdyby nigdy nic wracam do swoich zajęć. Jest głucho i cicho tak bardzo, że słyszę jak Gaweł sapnie czasem na korytarzu, jak kot zarzuci ogonem. Ta cisza daje mi spokój, oglądanie letnich wschodów słońca nad lipą za oknem sprawia mi dziwną przyjemność, a kiedy zasypiam na kilka godzin o siódmej rano wiem, że coś drgnęło, coś posunęłam naprzód.

Czasem jednak nachodzą mnie smutek i zwątpienie. Nie wiem czy to przez zmęczenie, czy jeszcze nie odcierpiałam tego, co do odcierpienia miałam. Wali mnie przeszłość w sam żołądek, paraliż rozchodzi się na mostek, zalewam się płaczem. Zostałam z niczym, nie mam wychuchanego mieszkania, samochodu w kolorze czarnej perły, nie stać mnie na marnotrawienie pieniędzy w luksusowych drogeriach. I ciągle czuję się pokrzywdzona, bo to on wyniósł z naszego związku więcej niż ja, to on wskoczył do swojej rzeczywistości, którą sobie asekuracyjnie zasaveował kilka lat temu. Jest do przodu o jedną firmę i ileś tam tysięcy złotych. Przyciskam poduszkę do ust, przełykam ślinę. Za ścianą buczy telewizor ojca.

I znów budzę się po kilku godzinach, jest koło południa, bo ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie, tyle że śniadanie jem na obiad, a obiad na kolację, kolacji nie jem wcale. Z tego wszystkiego zapomniałam o jedzeniu, o zestawach naprawczych na smutne wieczory. Nie potrzebuję coli, chipsów, kwaśnych żelków, napędza mnie dziwny amok. Udaję, że nie czuję luźniejszych spodni, nie zauważam lekko za dużych staników. Robić, robić, robić. Pracować, pracować, pracować.

Matka pyta mnie jak mam zamiar zarabiać pieniądze, za co chcę żyć. Odpowiadam, że będę pisarką, która robi zdjęcia i ma swój portal, a ona zanosi się śmiechem. Szczerym i nieopanowanym. Mówi mi tylko oj dziecko, dziecko, kiedy zmądrzejesz… A ja już słyszę w głowie ten slogan, który wygłasza od lat, że ludzie to mają dzieci alkoholików, morderców, bandytów, złodziei, a ona ma mnie. I też mnie akceptuje. Kochana mama, myślę. I znów brzęczy mi za uchem za co ją bóg pokarał takim dzieckiem. No za co? Bo ja sama nie wiem, złota kobieta przecież to jest.

Nie będzie zawrotnej kariery prawniczej, nie będzie chwalenia, że ja to prawa ręka tego mecenasa, co to najdroższy w dużym mieście wojewódzkim. Trzeba, Matko, przełknąć pigułkę z rozczarowania, że marnuję potencjał, że zmarnowałam szansę i życie, że wszystko nie takie jak chciałaś. Ale pierwszy raz takie, że czuję się ze sobą normalnie. A wręcz zaprzyjaźniona.

Ubieram się ładnie (jak na tę wagę), codziennie mam umyte włosy i wypielęgnowaną cerę, wieczorami – jeśli nie padnę ze zmęczenia – szczotkuję ciało i smaruję je balsamem. Zaczęłam nawet ćwiczyć, choć kondycję mam póki co w planach. Jestem dla siebie milsza, łagodniejsza i w ogóle jakaś inna. Pierwszy raz w życiu zakochałam się w samotności, jest mi z nią bardzo do twarzy.

Tylko potem znów oczy mi się kleją, a w nadgarstkach mam lekkie zakwasy. Nie wiem czy jest piątek, a może to już niedziela, czy skończył się lipiec, ile zostało do jesieni? Pourywane wiadomości, zarwane noce, poszarpany rozkład dnia. Wszystko nabrało rozpędu, a ja usiłuję nie zwariować…

I bardzo staram się nie wywalić czarnego ekspresu do kawy z szóstego piętra. Przecież on mi w niczym nie zawinił…

PODOBNE WPISY

SIŁA JEST KOBIETĄ
21/10/2017
JAK SZUKAĆ FACETA PO TRZYDZIESTCE
18/10/2017
NIGDY WIĘCEJ
16/10/2017
730
12/10/2017
I’M HERE AND I’M HUNGRY
20/09/2017
NIKT TAK PIĘKNIE NIE MÓWIŁ, ŻE SIĘ BOI…
18/09/2017
JAK BYĆ PRAWDZIWYM BLOGEREM
11/09/2017
BANKRUTEM BYĆ…
06/09/2017
DROGA DO WOLNOŚCI
09/07/2017
Karolina
O autorce

Pisarka z urodzenia. Fotografka z wyboru. Trudny charakter. Jeden polski owczarek nizinny. Dwa koty syberyjskie. Oto moje życie 2.0. Jeśli spodobał Ci się mój tekst, to daj mi o tym znać klikając w tę małą ikonkę poniżej. Dziękuję. :-)