DROGA DO WOLNOŚCI


Minął kwartał, a ja nawet nie zauważyłam kiedy. Nie przytyłam, nie schudłam, włosy mi świecą platyną, obsypało mnie piegami i wciąż nienawidzę się opalać. Zaplanowałam wyprawę marzeń, wywiad dekady, wakacje życia. Zaplanowałam milion w rok, więc czytam dużo i na temat, choć właśnie zdałam sobie sprawę ile pracy mnie czeka. Życie niewidzialną ręką popycha mnie naprzód, czasem nie w moim tempie, dlatego zdarzy się, że i glebę zaliczę, a nie tylko, że same wzloty i wspaniałości. Zęby mam jednak w komplecie, więc może jednak daję radę, choć czasem się boję. Ale już coraz mniej.

 

Niezależność.

 

Długo myślałam o sobie w fałszywy sposób. Myślałam jak o samowystarczalnej młodej kobiecie. Takiej, która może ma skomplikowaną naturę i charakter równie trudny, ale jednak jak o takiej, która może wszystko sama, robi sama i w ogóle sama, sama, sama. W rzeczywistości nie potrafiłam wziąć odpowiedzialności za cokolwiek, a kiedy pojawiały się problemy kuliłam się w sobie i wolałam chować. Najlepiej za kogoś. W związkach rozbijałam się emocjonalnie, byle tylko ktoś zdjął ze mnie podejmowanie decyzji, byle tylko mieć spokój od ludzi i świata. Cóż, egzystowałam, udając dorosłość, markując powagę i siłę. Tymczasem życie postawiło mnie przed faktem, dokonanym na dodatek, i przyszło mi zmierzyć się z nim takim, jakie jest naprawdę. Realia okazały się wymagające, a ja wcale nie taka słaba.

 

Co mogłabym poradzić sobie sprzed kilku lat? Bądź niezależna i wolna. Ale jak to zrobić? Długo nie widziałam, jednak ostatnio wypracowałam sobie kilka sposobów, by ta niezależność przyszła w miarę bezboleśnie i w żaden sposób nie odbiła się na ludziach, wśród których żyję.Zaczęłam myśleć o sobie – to było podstawą. Przestałam warunkować swoje decyzje czyimiś oczekiwaniami lub małomiasteczkowymi przekonaniami, że ludzie będą o mnie źle mówić lub że moje potrzeby nie są społecznie odpowiednie. Zaakceptowałam fakt, że moje życie nie musi być ani lekkie, ani przyjemne, ani nie muszę mieć milionów na koncie. Pogodziłam się z faktem, że jestem jednym z prawie siedmiu miliardów trybików, że wcale nie muszę być tym najlepszym i najważniejszym. Odważyłam się głośno i wyraźnie powiedzieć dość i to przyniosło pierwszą ulgę, a zwykła rzemieślnicza pokora przy pracy nad sobą bardzo dobrze mi robi.

 

Uwierzyłam w siebie, bo jeśli nie ja, to kto? Nie mam na myśli popadania w chorobliwy samozachwyt czy pusty egoizm. Daleko mi też do narcyzmu. Mam natomiast na myśli zdrową relację z samym sobą, która pomaga mi wyciągać w każdej sytuacji z siebie to, co mam najlepsze, ignorując w odpowiednim momencie moje niedostatki. Nikt z nas nie jest nie jest idealny, nikt nie potrafi wszystkiego, dlaczego zatem miałabym mieć do siebie pretensje, że nie jestem chodzącym ideałem? Odpuściłam sobie. Po prostu. Cudowne uczucie.

 

Zaakceptowałam rzeczywistość taką, jaka jest. Skomplikowana sytuacja finansowa, ciągnąca się przez ostatnie trzy lata wyssała ze mnie resztki optymizmu i chęci do działania. Uważałam, że niczego już nie mogę zrobić, a moje życie właśnie się skończyło. Szukałam rozwiązań poza sobą, szukałam pomocy u wróżek i szamanów, bo przecież ja nic nie mogłam zrobić. Bzdura. Kiedy uświadomiłam sobie moje położenie, zaczęłam szukać rozwiązań i sposobów na wyjście z problemu. To bardzo dużo, choć może jest już po czasie, a wszystko się rozsypało. Zobaczymy.

 

Zaczęłam spędzać czas sama ze sobą. Dotychczas uważałam, że by była dobra zabawa trzeba czas spędzać w grupie lub choć z drugą osobą. Obecnie nie przywiązuję uwagi do tego czy robię coś sama, czy z kimś. Po prostu robię to, na co mam ochotę i cieszę się swoim towarzystwem. Czasem sobie nawet ze sobą pogadam, kiedy nikt nie patrzy.

 

Przyznałam się przed sobą do wszystkich złych decyzji, błędów, słabości i wszystkiego, co mogło mi szkodzić. Pozwoliłam sobie realnie spojrzeć mój stan, zaakceptowałam go i nie poddałam żadnej ocenie. Pogodziłam się z tym, że depresja jest częścią mojego życia i nie jestem człowiekiem, który z tego powodu powinien przestać żyć tak, jak chce. Wręcz przeciwnie, stanęłam mocniej na ziemi, zaczęłam mierzyć swoje siły na zamiary, oceniać swoje szanse.

 

Oraz najważniejsze: zaczęłam robić to, co lubię i zamierzam dzięki temu zrealizować swoje wyzwanie milion w rok. Ahoj!

 

Powoli zaczynam wiązać koniec z końcem, spisuję swoje wszystkie pomysły, rozważam, który jest wart uwagi, co wciągnąć do planu. Przygotowuję się do dużych zmian, nabieram odwagi. Pracuję nad nową szatą graficzną dla życia 2.0, która też będzie takim mini początkiem. Robię listę tematów i spraw, o których tu będzie. Uczę się wszystkiego, by móc zbudować stronę z portfolio i ofertą fotograficzną. Idzie mi mozolnie, ale w końcu się nie poddaję, prę przed siebie. Jeden krok naprzód jest lepszy od żadnego, prawda?

 

A kiedy w nocy napada mnie przerażenie, że sobie nie poradzę, że jak to tak bez wsparcia, bez skrzydłowego, to sobie myślę: jakoś to będzie, Ośle.

 

 

Pantaleon właśnie gryzie mnie w  lewą stopę…

Karolina
O autorce

Pisarka z urodzenia. Fotografka z wyboru. Trudny charakter. Jeden polski owczarek nizinny. Dwa koty syberyjskie. Oto moje życie 2.0. Jeśli spodobał Ci się mój tekst, to daj mi o tym znać klikając w tę małą ikonkę poniżej. Dziękuję. :-)