PIVOT POINT


KAMA

Poznałyśmy się na tym wielkim portalu społecznościowym, na którym są prawie wszyscy. Miałyśmy psy tej samej rasy, a ona o swoich pisała z dużą miłością i w sposób, którego trochę jej zazdrościłam. Z humorem, lekkością, polotem. Okraszała to zdjęciami, na których widać było szczęście i dwie psie kudłate mordy. Oraz burego kota – znajdę, który przejechał pół Polski, by zamieszkać w jej domu. Domu na odludziu, kupionego z myślą o tym, by tym zwierzętom dać wspaniałe życie, to najwspanialsze z możliwych.

Kiedy zadzwoniła do mnie jakiś czas temu, mówiła powoli, nieco cicho, ale pewnie. Opowiadała o sobie, o tym, że skakała ze spadochronem, że pilotowała samolot, że była spełnioną zawodowo dziennikarką. Zazdrościłam jej jeszcze bardziej, w jej spokoju tkwiła ogromna siła. Opowiadała o swoim życiu, o tym, co przeszła, o zmianach i o tym, że musi sprzedać dom, że teraz to klinika goni klinikę, że nie może już mieć psów i znalazła im nowy wspaniały dom, choć to wszystko boli ją jak cholera i tęskni za nimi tak, jak jeszcze nigdy za nikim. Łzy ciekły mi po policzkach, ta rozmowa rozbiła mnie na długie godziny, dni; myślę o niej codziennie. Zastanawiam się jak się ma, jak sobie radzi.

Powiedziała mi to bardzo wprost: Karolina, ja umieram. Powiedzieć komuś w takiej sytuacji, że będzie dobrze, że się poukłada to (najdelikatniej mówiąc) nietakt. Wszystkie czcze eufemizmy o podejmowaniu właściwych decyzji, o tym, że jeszcze się wyprostuje, że da radę są w takich sytuacjach zbędne. Serce mi pękało, byłam zła na bezsilność wobec życia. Byłam zła na siebie, na swoją krótkowzroczność, na to, że tak bardzo użalałam się nad sobą i moimi głupimi decyzjami. Nagle wszystko wydało się nieważne. W mojej głowie tłukła się jedna myśl: ona jest starsza ode mnie tylko o trzynaście lat. A co jeśli przyszłoby mi umrzeć dzisiaj? Co jeśli okazałoby się, że to koniec? To już? To wszystko, co miałabym z mojego życia? Boże, boże, boże… NIE.

Poradziła mi: pisz, uzupełnij brakujące lata, dopowiedz swoją historię. To kawał literatury. Całkiem niezłej.

Kama, dziękuję. Śniłaś mi się dzisiaj.

KRYZYS

Kiedy pod koniec marca moja matka weszła do mojego pokoju, zapłakała. Powiedziała mi potem, że zobaczyła coś, czego żadna matka widzieć nie chce. Pokój zaniedbany do granic możliwości, porozrzucane ubrania, regały z pozrywanymi półkami. Materac leżał w rogu pokoju, a na nim ja – zwinięta w kłębek, rozczochrana, pijana, bez przytomności, w pościeli niezmienianej od kilkunastu tygodni. Dziecko, potrzebujesz pomocy.

Nie wiem czy da się przejść rozstanie godnie. Czy kilka lat spędzonych razem da się wyciąć ze swojego życia bezboleśnie, bez emocji. Bo było, minęło. Ja tak nie umiem. Brakowało mi odwagi, chociaż przez długie miesiące wykrzykiwałam mu, że jestem nieszczęśliwa, że mam dość, a na koniec wywrzeszczałam, że ma wypierdalać i rzuciłam w niego spodniami, których jeszcze nie zdążyłam na siebie założyć. On nie chciał się zaangażować, zagrać na wspólną bramkę, zostawił mnie samą sobie, wyliczał każdą wydaną złotówkę, zaznaczał, że nowa szczotka do włosów wcale nie jest mi potrzebna. Nie myślał o uratowaniu zlicytowanego mieszkania, choć żył w nim kilka lat, a oprócz opłat nie dołożył do niego złotówki. Zajął moją szafę, moją przestrzeń, czuł się bardzo wspierającym partnerem. Nie był. Jego obecność, zaczynanie dnia i kończenie go słowami wszystko jest do dupy, powtarzane zdania, że mogę tyle zmienić, że mam takie możliwości, a za chwilę nikt już w ciebie nie wierzy, ja też już przestałem wierzyć, że cokolwiek zmienisz ciągnęły mnie w dół, odbierały chęć do życia. Mówił mi, że nie umiem się ubrać, że znów wyglądam jak szafiarka. Wytykał na obiedzie u matki, że jestem gruba, w niby zawoalowany sposób. Zjedz sobie jeszcze, żebyś nie była głodna, nie krępuj się –  mówił. Zapadałam się. Jego wsparcie polegało na tym, że po prostu był. Ale tylko do momentu, w którym jemu było wygodnie. Przemycał między słowami przekaz, że życie nauczyło go, by nikomu już nie pomagać, że sam został oszukany, więc on już teraz nigdy nie popełni takiego błędu. Kiedy dotarło do mnie to, czego nie mówił wprost przeraziłam się. Bo jak to? Przecież żyliśmy razem, wprowadził się do mojego wychuchanego mieszkania, z białą drewnianą podłogą i szarymi ścianami, przez pierwszy rok nie dołożył się do niczego, bo przecież nie miał pieniędzy, a teraz odbija na mnie to, że został wykorzystany przez wspólnika? Wykrzyczał mi, że nie będzie ze mną po to, żeby spłacać moje długi, choć nigdy go o to nie prosiłam. Za każdą pomoc finansową oddawałam mu swoje rzeczy, a to rower, a to aparat fotograficzny, a to kolekcję monet po dziadku. A on korzystał ile mógł (tak, tak, wiem ile miał pieniędzy na koncie, choć bardzo starał się to przede mną ukryć), żeby na koniec zachować się jak bezduszny właściciel psa, który porzuca go pod schroniskiem, przywiązuje do bramy i odjeżdża z piskiem opon, nie patrząc w tylne lusterko. Wstydził się mnie.

Zostałam z niczym. Pierwszego kwietnia miałam trzy złote w portfelu, pół miliona długu oraz dwadzieścia pięć kilogramów nadwagi. I to nie był ponury prima aprilis.

PIVOT POINT

Aparat fotograficzny kupiłam zimą, za ostatnie pieniądze, bardzo niepewna decyzji. Pierwsze spotkanie z pełną klatką wcale nie było takie wspaniałe, jak myślałam, że będzie. Byłam przestraszona i załamana jednocześnie, bo po co mi to było. Kilkanaście tysięcy wydane po nic? Kilka miesięcy przeleżał na półce (akurat tej nieoberwanej), obchodziłam go szerokim łukiem, zawstydzona tym, że może jednak nie potrafię…

W kwietniu wzięłam go do rąk i już nie wypuściłam. Powrót do fotografii był jak spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem. Było inaczej, choć znaliśmy się jak łyse konie. Nie odmówiłam żadnego zlecenia, fotografowałam wszystko: trenerów na siłowni, dzieciaki na castingach, jedzenie w restauracjach. Zarobiłam pierwsze pieniądze, poczułam się pewniej. Efekty cieszyły mnie coraz bardziej. Fotografia stała się wszystkim co mam. I te słowa, które mogę napisać. Czy na tym da się coś zbudować – zastanawiałam się.

Pierwszego czerwca obudziłam się zupełnie inna niż zazwyczaj. Śniłam o zbroi z diamentów, o sile, o podnoszących się pięściach, a przysięgam, że nie oglądałam dzień wcześniej Czarodziejki z księżyca. Zapragnęłam zmiany, niezależności, wolności, siły. Zapragnęłam zbudować coś, co będzie moje, osobiste, odważne, bo co jeśli zostało mi niewiele czasu, co jeśli…

Oto mój punkt zwrotny, moment, w którym wymyśliłam sobie #milionwrok. I nie odpuszczę.

P.S.

To bardzo osobisty wpis, bardzo dla mnie trudny, dlatego pozwalam sobie na wyłączenie komentarzy.

 

  • June 13, 2017