NOW I’M ONLY FALLING APART…


Odeszło ode mnie pisanie, zostawiło mnie bezczelnie, ignoruje fakt, że tyle bym chciała z siebie wyrzucić. Książka, która była się straciła wraz z płytą główną wciąż we mnie siedzi, może się w końcu wyrwie z mojej głowy i może tym razem będzie miała zrobiony back up. Na chwilę obecną jedyne o czym jestem w stanie pisać to kuc-niezdara z rozdwojeniem jaźni, który od czasu do czasu bywa pegazem (oraz pozostaje nim dopóki w coś boleśnie nie przypierdoli; nikt nie mówił przecież, że literatura dziecięca ma być słodka…).

Ja podobnie jak ten kuc również bywam – głównie rozczarowana. Desperacko usiłuję poskładać ten dysfunkcyjny burdel, który się wykluł i mocno we mnie zakorzenił w ciągu ostatnich lat, nie potrafię jednak chodzić wcześnie spać, nie umiem wstawać o poranku. Nocami nie sypiam, tętent myśli jaki mnie napada nie pozwala zmrużyć oka przed czwartą, potem miewam ciągi snów: śni mi się płaczący wujek świętej pamięci, mój ojciec prowadzący radiowóz, ja sama o osiem rozmiarów mniejsza i w sznurze pereł zamiast paska. Czasem nic mi się nie śni, wtedy śpię do dwunastej, głęboko i nieprzytomnie; nie ma na ten czas moich problemów, mnie również nie ma. Straciłam pazur, zadziorność, cała jestem rozmemłana, nie zdążam, nie wyrabiam, odpierdolcie się wszyscy ode mnie z łaski swojej. Kiedy już natomiast wstanę dopada mnie rytuał świstaka, śniadanie, prysznic, kot, brak pomysłu, brak zajęcia, brak chęci, brak, brak, brak, jebany kurwa mać brak, że ja pierdolę. Potem np. oglądam telewizję, której poziom mnie załamuje. Jedynie katastrofa smoleńska wciąż taka sama, polityczną chryją wali po oczach. W sumie to po co rozważać problemy, które są naprawdę ważne? Aha,  pani posłance Beacie Kempie wyślę w ramach prezentu erotyczną zabawkę: knebel. Niech tylko zarobię na ten knebel wpierw. Wieczorami natomiast często płaczę i udaję, że jest prawie dobrze.

A! Lisica znalazła terapeutyczne zastosowanie przekleństw, które  osobiście wykorzystuję bezskutecznie od przynajmniej paru lat; mimo wszystko nawyk to co najmniej brzydki, szczególnie wtedy, gdy krzyczy się do telefonu kurwazapierdolonawdupęmać w sklepie ekskluzywnym i ęą. Cóż, czasem moje blade lico w blond oprawie nie idzie w parze z parszywym charakterem.

Urodzona Siódmego Października przerabia obecnie niepogodzenie z losem, które i mnie się przytrafiło chwilę po tym, jak porzucił mnie Były, potem też kiedy porzuciłam Byłego, a następnie  kiedy porzuciliśmy się wzajemnie. Niestety to nie tak, że it’s all about timing, Kochana. It’s all about right timing. Najgorsze jest jednak to, że Były na chwilę obecną idealnie wpisuje się w rolę ojca rodziny, piastuje swe dziatki, biega z aparatem po przedszkolu i dokumentuje szczęście rodzinne. Ja natomiast nie umiem się poukładać, wciąż jestem z życiem niepogodzona i najchętniej po prostu bym nie istniała. Nie, nie miewam myśli samobójczych. Po prostu ostatnio mam dosyć. I żałuję życiowych wyborów, tych naprawdę ważnych: studiów, mężczyzn i łóżek, przez które się przewinęłam, tego, że nigdy nie byłam na koncercie Republiki i że Ciechowski umarł w moje urodziny (jest to zawsze pierwsze co przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o swoich urodzinach). Mam żal do losu, że nie obchodzi się równo z wszystkimi, że bilanse zysków/strat nie wychodzą każdemu tak samo. Mogę też znaleźć szereg dowodów na to, że jeśli już komuś zaczyna się układać to i tak dostanie w pokucie za nic wpierdol aż miło, wszak zbyt dobrze być nie może, lepiej przecież jak jest gorzej, prawda?

A teraz patrzę na listę kontaktów w komunikatorze, Śliczny Jakub pojawia się i znika, a ja zaciskam palce, żeby nie pisać, nie nagabywać, usiłuję nie robić z siebie większej idiotki, od tej którą jestem w rzeczywistości. Wczoraj Gruby dziękował mi za wspólnie spędzony dzień, potrzebował wsparcia, zdechł jego pies przecież…

I proszę, nie pytaj mnie o resztę.

  • January 26, 2011