BUT OH ON THE SUMMER NIGHTS…


Norek po raz kolejny włamał się do szafy. Siedzi na świeżo upranej i wyprasowanej pościeli, udaje, że go nie ma. Nie ma go dla świata, mnie też obecnie mogłoby nie być.

Spotkanie z Lekarzem rozbiło mnie dość, wytrąciło z całkiem nieźle wypracowanej równowagi i tak się odbijam od tego, co się stało. Dotarło do mnie, że nie potraktowałabym lekko tej znajomości, nie umiałabym się nią zabawić, jedynie  co mogłabym to ucierpieć. Moja kobieca duma i tak już zniosła wiele, kolejny zawód nie jest tym, czego szukam na chwilę obecną. Mam nadzieję, że jeśli jeszcze kiedykolwiek, cokolwiek to będę mieć w sobie na tyle siły, żeby nie reagować, nie odpowiadać, nie godzić się. I uciec.

Lisica uważa przez telefon, że to dopiero początek. Kiedy mijam lustro prostuję się w nienaturalny sposób i wciągam brzuch. Oraz wszystkiemu przeczę.

Sytuację odreagowuję w jedyny słuszny sposób – umawiam się z Pocieszycielem. Pocieszyciel jest nieznacznie młodszy, nosi okulary i ma usta jak Angelina Jolie po przedawkowaniu botoksu. Ma też dziewczynę, ale czy to jakiś problem, skoro od niego nie wymagam niczego poza tym, żeby był na ten dany moment? W końcu wysiedział się w poczekalni przez 2 miesiące i zawsze grzecznie prosił o spotkanie bez podtekstu.

Gładkie przejście z permanentnego celibatu w rozwiązłość – dlaczego nie? Przecież taka jestem dojrzała i wcale niespaprana emocjonalnie, że ja pierdolę.

  • May 21, 2010